Pułk 12. Piechoty Księstwa Warszawskiego
2. batalion, 2.kompania

 

Pamiętniki Franciszka z Błociszewa Gajewskiego

Wspomnienia spisane przez Franciszka Gajewskiego to bez wątpienia jedne z najlepszych memuarów jakie miałem przyjemność czytać. Autor opisuje wydarzenia swojego życia w kontekście wydarzeń politycznych z lat 1802-1831. Najbardziej interesującą dla pasjonata epoki napoleońskiej częścią (największą zarazem) jest pierwszy tom pamiętników. Zwiera on klamrą lata 1802-1815. Drugi tom traktuje o czasach Królestwa Kongresowego i Powstania Listopadowego.

Czym Franciszek Gajewski tak bardzo ujął moją czytelniczą duszę?

Pierwszą rzeczą, która zdobywa zaufanie, jest wrażenie bezkompromisowości pisarza. Autor poświęca swoją pracę swym potomkom. Nie pisze dla świata, ani dla sławy. Przyjęta konwencja skutkuje bogatym zbiorem osobistych refleksji. Dotyczą one wszelkich wydarzeń, członków własnej rodziny, ludzi polityki i wojska, wreszcie moralności. Gajewski pisze o nich z perspektywy czasu i dokonanych przemyśleń. Jego sądy tchną rozwagą (czy sprawiedliwością - trudno dziś czytelnikowi ocenić nie znając pełnego kontekstu spraw w jakie autor był zanurzony - piję tu do przewijającego się wielokrotnie silnego sceptycyzmu do Żydów). Opisując, dokonuje zazwyczaj oglądu spraw z wielu stron. Prawie nigdy nie popada w zbytni zachwyt, ani w szczególny krytycyzm (poza ludźmi powszechnie traktowanymi wówczas za sprzedajnych, którzy po 1815 roku z zapałem oddali się wykonywaniu dyrektyw cara i W. K. Konstantego). Z toku rozumowania autora  odnosimy wrażenie obcowania z inteligentnym i nietuzinkowym człowiekiem obdarzonym rozbudowanym zmysłem obserwacji i wrażliwością. Cenny w narracji jest dystans pisarza do swoich doświadczeń. Zdaje sobie sprawę z tego, że czasem postępował źle, że czasem - prawem młodości - dał się omamić utopijnym wizjom. Mając tego świadomość, potrafi skutecznie ewaluować swoje dokonania tudzież ich brak.

Cechy jakimi odznacza się autor wspomnień rzutują na treści, które trudno znaleźć u innych pamiętnikarzy. Spotykamy się z rozległymi i niezwykle interesującymi opisami codzienności. Wygląd wsi, miasteczek, zwyczaje społeczne, zewnętrzny obraz ludności, powszechne rytuały w skali rodziny czy większych społeczności i inne. To tylko niektóre ze spraw, które kiedyś mogły się wydawać ówczesnym zbyt powszednie i zbyt nudne do opisywania. Franciszek Gajewski przewidział, że obraz dnia codziennego ulega z każdym rokiem odmianie i wszystko co widział starał się zachować.

To co szczególnie zaintrygowało mnie osobiście, są opisy znanych postaci epoki. Nie chodzi bynajmniej o tuzów napoleońskiego "teatru", ale o figury z polskiego "podwórka". Przedstawiciele rodzin Garczyńskich, Skórzewskich, Niegolewskich, Mielżyńskich, Walewskich i wielu, wielu innych, przestają być anonimowymi nazwiskami, na jakie często w napotykamy się w literaturze epoki. Stają się oni ludźmi z krwi i kości, ze swoimi zaletami, wadami, ze swymi dokonaniami.
Połączenie opisów codzienności, z przedstawieniem czytelnikowi dziejów wielu Polaków asystujących w rozgrywaniu się wydarzeń dziejowych na ziemiach polskich (i nie tylko), a także z osobistymi doświadczeniami autora, daje wrażenie niemal namacalnego przeniesienia się w czasie. Bez trudu przychodzi czytającemu odnieść wrażenie realnego asystowania w przedstawianych wydarzeniach.

Czy zbiór wspomnień Franciszka Gajewskiego ma wady? Owszem, ma. Do wad, niejako formalnych, należy zaliczyć, iż są to wspomnienia spisane "mocno" post factum. Autor przełożył je na papier około 45-50 lat po ich przeżyciu. Z jednej strony dystans ten pozwala autorowi na "nabranie oddechu", uporządkowanie swoich myśli, wzbogacenie historii o interesujące wątki poboczne (np. co działo się z danym człowiekiem w latach następnych), niemniej wnosi on cały szereg "pamiętnikarskich grzechów". Zaliczyć możemy do nich, naturalnie, wątpliwości co do tego jak się w rzeczywistości autor tekstów czuł, co myślał, jak zachowywał, czy i ile przemilczał, a ile dodał... Z drugiej strony, czy rzeczywiście wiele Gajewskich chciał czy potrzebował zataić? Z oceny całokształtu jego narracji można przypuszczać, że dokonywał swoistego rozrachunku ze swym życiem. Uważam zatem, iż mając świadomość tego, że czas mógł wypaczyć trochę pamięć autora (czasem chcemy wszak o czymś zapomnieć, czasem nieświadomie wmawiamy sobie większy udział w zdarzeniach, niż rzeczywiście się w nie zaangażowaliśmy), będąc do tego przygotowanym, odnajdziemy we wspomnieniach Franciszka z Błociszewa wspaniałe źródło pamiętnikarskie.

Do wad książki można zaliczyć również jej nierówność. Zmieniający się wzdłuż osi czasu styl i tematyka opisu może zaskakiwać. Myślę jednak, że wynika to z celu jaki postawił sobie autor. Nie pisał beletrystki, a po prostu wspominał. Z tego gawędziarskiego stylu wynika więc, iż w jednej części Gajewski bardziej skupia się na codzienności i własnych działaniach i obserwacjach, w innej (pomimo deklarowanego wielokrotnie pisania wyłącznie o tym co widział na własne oczy) pozwala sobie na opiniowanie wydarzeń w skali większej, niż pojedynczy człowiek jest w stanie objąć i doświadczyć.

Pamiętniki Franciszka z Błociszewa Gajewskiego to prawdziwa czytelnicza przyjemność. Można je zgłębiać z satysfakcją nawet wówczas, gdy tematyka czasów Napoleona Bonaparte, Księstwa Warszawskiego i dziewiętnastowiecznej doli naszego kraju nie należy do obszaru zainteresowań potencjalnego czytelnika. Wspomnienia te są po prostu wciągającym obcowaniem z interesującym człowiekiem, przenikliwym obserwatorem, którego reflekcje i opinie mogą otworzyć oczy czytelnika nawet na współczesność.

Polecam!


Poniżej wybrane przez nas fragmenty wspomnień Franciszka Gajewskiego.
Są to elementy szczególnie interesujące ze względu na swoją celność, niepospolitość, trudność do odnalezienia w innych źródłach. Są to fragmenty, które mogły by posłużyć za materiał do dużej pracy o codzienności życia w Księstwie Warszawskim, niestety... na dzień dzisiejszy nikt z nas nie pisze dyplomu o takim temacie, więc fragmenty poniższe przedstawiamy jako "luźne kartki", przynętę, która ma zainteresować wspomnieniami Franciszka z Błociszewa i nakłonić do ich całościowego przeczytania.

1805 rok
Ceny:

korzec pszenicy - 108-120złp (90-95zł)
korzec żyta - 90-95złp (35-40zł)

Korzec po 1764 roku oznaczał pojemność około 120 litrów (aczkolwiek były duże rozbieżności w wartościach np korców warszawskich, gdańskich, kaliskich itp). Zakładając jednak 120 litrów i (za wyjaśnieniem ze Słownika Języka Polskiego) ok 98kg, daje nam to porównanie do cen współczesnych podanych w nawiasie(wg danych z roku 2010)

Podróż:
Wolsztyn - Warszawa - 5 dni bryczką

Miasteczka były nieomal wszystkie bez bruku. Składały się z domków drewnianych, gontami lub słomą krytych; rynek zwykle błotnisty, ozdobiony był w pośrodku ratuszem, w którym mieściła się karczma. Domostwa naokoło rynku takiego opatrzone były zwykle podcieniami; rzadko kiedy spostrzegano kamienicę murowaną, dachówką krytą, w miasteczku, a jeżeli się rzeczywiście w niem znajdywała, należała niezawodnie do Niemca, przybyłego z Prusakami. Lubo bruku nigdzie nie było, kazano nam wszędzie płacić brukowe. Chociaż z niebezpieczeństwem życia przeprawiano się po mostach, pobierano wszędzie mostowe. Najwęższa grobelka miała ustanowionego poborcę, żądającego myta drogowego. Podatek taki szedł na korzyść dziedzica, do którego należało miasto, most czy grobla. Arendował go zawsze żyd, który, jak mógł, obdzierał przejeżdżających.
...
Sempolno, nędzna mieścina drewniana, była kłodami brukowana, po których nasza bryczka skakała jak na huśtawce. Babiak składał się z dwóch żydowskich karczem. Kłodawa wyglądała nieco porządniej; w Lutnie była już cukiernia, ulica brukowana i sporo murowanych kamienic, ale rynek był błotnisty oprócz drogi, wiodącej do austeryi, którą posiadał katolik.
...
Cała ta podróż była niezmiernie uciążliwa dla nadzwyczajnego błota i złego stanu dróg, zaledwie można było 6 mil dziennie ujechać.


Żydzi:

...Jechaliśmy w nadzwyczajnem błocie pomiędzy dwoma rzędami niskich domków; z każdego niemal wisiała wiecha słomiana, godło wyszynku wódki; przed domem był wystawiony stragan, na którym widniały śledzie, obwarzanki, wódka i inne specyały chłopskie, obok niego stała beczka soli. Żyd w pantoflach, krótkich spodniach, brudnych, połatanych pończochach, w czarnej długiej, jeszcze brudniejszej sukni, opasany czerwonym pasem, mający na głowie śpiczastą, czarną czapkę z uszami lisiemi, przy nim żydówka w dawnym żydowskim stroju, mająca czółko, perłami wyszywane na głowie, korale na szyi albo łańcuch złoty czy z innego metalu, u którego wisiał dukat, talar albo numizmat jaki, w kaftanie, futrem podszytym, w spódnicy jaskrawej, pończochach wełnianych i pantoflach bez tyłków (taki był ówczesny ubiór żydów), uwijali się koło towaru swego, zapraszali głośnym krzykiem powracające z targu chłopstwo...


Przedmieścia Warszawy:

... Mijaliśmy zgraje wieśniaków takich, zapijających w owych improwizowanych szynkach, niezważających na błoto, a rodzina żydowska usługiwała im na wyskok. Dalej snuło się bydło na przedmieściu, gęsi i kaczki kąpały się w kałużach, co kilka kroków siedział dziad, śpiewający pieśni pobożne, a wyciągający skorupę żółwianą ku podróżnym; dalej szedł rond pruskich żołnierzy ścieżką, wydeptaną w błocie. ... Wszędzie wrzawa, krzyki, wołania; niskie okna pobryzgane były błotem, tłok na ulicy, wszędzie pełno życia. Taki był widok przedmieścia Warszawy, (...) aż do Żelaznej Bramy. Odtąd przybierało miasto postać więcej porządną...


Koterie:

Najbardziej arystokratyczne były w owym czasie domy kasztelanowej krakowskiej, p. Stanisława Potockiego, dziedzica Wilanowa, p. Aleksandra Potockiego, księcia Józefa Poniatowskiego, ..., pani Tyszkiewiczowej,..., księżnej Pawłowej Sapieżyny, p. Małachowskiego, pani kasztelanowej Olbromskiej. Co do magnatów polskich, których dobra znajdowały się w prowincyach polskich, odpadłych do Rosyi albo do Galicyi, to mało który z nich bywał w Warszawie, a jeżeli przybyło miasta to tylko na czas krótki. Wyższe zatem społeczeństwo ograniczało się tylko na pruskich poddanych. Ileż to zabiegów kosztowało kobiety, przybyłe z prowincyi, a nie mające stosunków z ową koterją, aby zostać przyjęte do jej towarzystwa. Rozsądek radził im żyć w swojem kółku, ale próżność wiodła tam, gdzie je czekał zawód i upokorzenie. Wszystkie połykały upokorzenia rozmaite, byle być w stanie powiedzieć, że były w tem lub oewm towarzystwie uprzywilejowanem. Każdy bal lub wieczór, dany przez jakiegokolwiek członka tej klasy wyborowej, był powodem tysiącznych zabiegów, bilecików, dyplomatycznych transakcyi, aby pozyskać zaproszenie,a zwykle powracało się do domu z goryczą w sercu, w złym humorze i z upokorzeniem. Nie dla tego, żeby uchybiano grzeczności w domach takich, owszem była ona nawet wielką, ale owe panie, nadające ton w Warszawie, umiały doskonale dać uczuć osobom, nie należącym do ich kółka, że czynią im zaszczyt, przyjmując je do swych salonów.


Atmosfera Warszawy:

Warszawa 1805 r. była jeszcze prawdziwe polskiem miastem, rzadko gdzie pojawił się w niej Niemiec, a jeżeli się tam znajdowali, żyli oni osobno i nie pokazywali się w polskiem towarzystwie, unikając ogólnego urągania się z nich. Kto tylko mógł, ten im płatał psoty; w całem mieście był duch polski i nienawiść ku Prusakom.


O żołnierzu pruskim:

Sukno, brane na mundury, było jak pajęczyna, spodnie zaledwie do łydek dochodziły, a wszystko było tak ciasne, że z trudnością przychodziło się żołnierzowi zapiąć; kamasze czarne zachodziły po za kolana i przykrywały spodnie. Żołnierz nosił trzewiki, robione ze starego rzemienia, miał mundur granatowy, wycięty od przodka, do niego były przyszyte dwa kawałki sukna białego, mające wyobrażać kamizelkę. Binda czarna stanowiła chustkę na szyję, a musiała być koniecznie ciasno spiętą, ażeby krew biedakowi nabiegała do głowy i nadawała mu cerę czerstwą i zdrową, lubo był rzeczywiście blady i chorowity dla nędznej strawy, którą spożywał; każdy żołnierz musiał być upudrowany i nosił harcap, zwykle z konopi uwity, a zwieszony za kołnierz; na głowie miał kapelusik trójrogaty i loki, także sztucznie do kapelusza przymocowane, co go śmiesznej postaci nabawiało, ponieważ tak samo harcap jak loki wisiały nieporuszenie pomimo różnych ruchów głowy. Żołnierz pruski nie dostawał w owej epoce koszuli ze skarbu, ale miał przyszyte w rękawach po kawałku płótna, pokazującego się u rąk, które wyobrażały mankiety. A zatem, jeżeli żołnierz nie sprawił sobie koszuli z własnego funduszu, nic prócz munduru nie miał na swojem ciele. Wojsko pruskie nie miało płaszczy, pewna ich liczba, przeznaczona li dla szyldwachów, wisiała w czylerhauzie, a żołnierze przyodziewali się nimi, gdy stali na warcie.
...
Nikt nie ma wyobrażenia dzisiaj o nieludzkiem obchodzeniu się ówczesnem z pruskim żołnierzem; ... kije, puszczanie przez rózgi, katowania wszelkiego rodzaju, pogardzające wyrazy, którymi przemawiano do żołnierza, były zwyczajną rzeczą. Oficerowie wprawiali się w sztuce zgrabnego płazowania, nabywali tak nazwane fuchtelklingen tj. klingi do szpad, obwijające się za każdem uderzeniem o ciało delikwenta, a rażące nawet piersi jego. ... Tak żołnierz pruski, ściągnięty bindą, aż mu krew do głowy występowała i żyły nabiegały, wyglądał czerwono i czerstwo, ale gdy się rozebrał, był podobny do chodzącego trupa, częstokroć żebrał po ulicy i ubiegał się za jakimkolwiek zarobkiem, a czego się nikt podjąć nie chciał, to chętnie wypełniał pruski żołnierz za liche wynagrodzenie. Czyścił kloaki po miastach, usługiwał żydom, był tragarzem, rąbał drzewo, zgoła posługiwał każdemu, byle zarobić cokolwiek grosza i uśmierzyć głód dokuczający.


Francuzi idą na Pragę:

Po nadzwyczajnej błotnej jesieni nastąpił mróz ku końcowi grudnia; Francuzi korzystali z niego, by się przeprawiać przez Wisłę, posuwali albowiem tratwy i kłody, a w miarę zatrzymywania się kry o zaporę taką, potrząsali słomę na wodę, sączącą pomiędzy drzewem i lodem; takim sposobem pozyskali most przez całą szerokość rzeki przy wzmagającym się mrozi i mogli się bezpiecznie dostać na Pragę...


Bitwa pod Serockiem:

Z pod Serocka usłyszeliśmy w Warszawie głuchy jęk dział; obawa przechodziła wielu; morderstwo w Pradze było każdemu w świeżej pamięci. Pobrano wszystkie powozowe konie z rekwizycyą pod rannych i konie mojej matki poszły z innymi na pole walki. Ponura cisza nastąpiła po świetnych zabawach, ciekawość wabiła każdego na ulicę.
Długie sznury wozów, rannymi napełnionych, ciągnęły z poza Wisły; ze strony przeciwnej przybywało wielu obywateli z resztkami dobytku swego, upatrując w Warszawie większe bezpieczeństwo dla siebie i rodzin swoich aniżeli na wsi. Znaczniejsze gmachy w mieście przeistoczono na szpitale wojskowe. Mnóstwo okolicznych chłopów, utraciwszy cały swój dobytek, żebrało po ulicach. Częstokroć leżał po nich koń albo bydle zdechłe, które oprawca nie zdążył sprzątnąć - Pułki nadciągały jeden po drugim, miasto było przepełnione kwaterunkiem. Nawet i lokatorowie musieli je ponosić. Takim był obraz Warszawy na początku marca 1807r.


Porządek pułku francuskiego w marszu:

Nadzwyczajnie zdobili cieśle pułkowi piesze pułku francuskie. Przed każdym batalionem maszerowało kilkunastu cieśli czyli saperów; poprzedzali muzykę i doboszy, mieli bermyce grenadierskie na głowach, każdy miał długą brodę, (w wielu przypadkach - przyprawioną) fartuch biały skórzany, dźwigał na rzemieniu lśniący topór ciesielski, a na plecach karabinek szaserski, zawieszony na flintpasie.
Po owych saperach następowała muzyka, gdy pułki w paradzie maszerowały. Na czele muzyki szedł olbrzymi trębacz major, ubrany dziwacznie, ale bogato, z długą trzciną w ręku, opatrzoną dużą gałką pozłoconą, którą rozmaite znaki dawał muzykantom i doboszom. Następnie jechał pułkownik, a przy nim adjutant pułkowy, po nim szef batalionu. W środku każdego batalionu orzeł złoty ze skrzydłami rozłożonemi zdawał się ulatywać nad batalionem.


Powrót do Wolsztyna, kwiecień 1807:

Nie było szosy natenczas w Polsce; powozy grzęzły w błocie pod same osie, zaledwie ujechać było można po 2 mile na dobę. Cały kraj był pusty, we wsi nad traktem stało opuszczonych wiele chałup, rozebranych na ogniska biwakowe, kominy tylko sterczały samotne. Konie padłe leżały na drodze. Jelita bydlęce, rozszarpane przez psy oznaczały niedawne koczowiska wojska, tu i owdzie leżał trup ludzki nie pogrzebany. Dwory szlacheckie puste, szyby powybijane, zboża w snopkach powyrzucane z gumien, gumna poroztwierane, rzadko gdzie obdarty wieśniak, tułający się i żebrzący po nad drogą - i nigdzie ogrodzenia, nigdzie znaku uprawy, żadnego bydlęcia w okolicy. Drogi popsute do ostatniego stopnia, przez nikogo nie naprawiane.
Wojsko snuło się małymi oddziałami od etapu do etapu. Taki był widok kraju od Warszawy do Poznania. Po miastach napotykano wyłącznei na mieszkańców, tam albowiem było bezpieczeństwo, ponieważ się w nich znajdowali komendanci placu i żandarmerya francuska, czuwająca nad porządkiem. Do nich chronili się zatem mieszkańcy wsiów, będąc pewnie, że włóczęgi (maroderzy) nie będą na nich napadać. Można było w miastach dostać żywności i obroku dla koni, które wszakże drogo opłacano. Pamiętam, że, gdyśmy się zatrzymali w jakiejś wsi, zamieszkałej przez niemieckich kolonistów, gdzie furman stanął dla naprawienia czegoś przy powozie, matka wysiadła z pojazdu i poczęła rozmowę z Niemką, siedzącą nad drogą; ta pokazała jej na wpół rozebraną chatę swoją i, ciężko westchnąwszy, powiedziała, ile mieszkańcy ucierpieli,...


Zabudowa wiejska:

Budowle wiejskie były wogóle drewniane, dwory i oficyny nieomal w bale. We dworze była zwykle wielka sala, w której goście jedli, pili i nocowali, każdy na pościeli, przywiezionej ze sobą. Nie znano pościeli gościnnej natenczas. Gość przywoził ogromny tłomok, służący słał mu na świeżej słomie i zawieszał pawilon nad posłaniem. Wszyscy się mieścili w owej sali, tak mężczyźni jak kobiety, każdy pod pawilonem swoim. Pałace dopiero poczęto stawiać za pruskiego rządu.


Dola chłopa:

Ileż to rodzajów katusz wymyślano na chama; ja sam pamiętam jeszcze gąsiory; były to 3 calowe bale, spuszczające się jeden na drugi w słupach wyrobionych. W tych balach wyrabiano wcięcia, służące na wsadzenie nóg i rąk delikwenta; spuszczano bale jeden na drugi, zabijano je klinami, a chłop, zaczepiony za ręce i nogi pomiędzy balami, wisiał po całych dniach w tej katuszy. Były także i kuny t.j. obroże żelazne, do słupa przybite, rodzaj pręgierza; zamykano ową obrożę chłopu na karku, a delikwent stał po całych dniach przy owym słupie, wystawiony na wszystkie obelgi ludzi i dolegliwości powietrza. Serce się wzdryga na myśl o nieszczęśliwym stanie wieśniaków polskich w tej epoce, tem boleśniej, gdy się pomyśli, że aż po dziś dzień istnieje ten stan na Litwie, Wołyniu i wszystkich prowincyach polskich, odpadłych do Rosyi. Nikt się nie trudnił wykształceniem chłopa, owszem poniżano go jeszcze, rozpajając gorzałką, ponieważ propinacya stanowiła znaczny dochód dziedzica. Bywały wsie, w których oddawano chłopu po 15 jaj z każdego rodzaju drobiu na wiosnę, a on musiał oddać na zimę po 15 sztuk drobiu odchowanego. Oddawano mu także 2 prosięta, a on musiał oddać w 3-cim roku 2 wieprze.
O uwolnieniu chłopa:
...uchylone zostało poddaństwo, ruszyli się chłopi hurmem; wszyscy nieomal opuszczali swe siedziby dla poszukania znośniejszego losu.
Ale panowie polscy potrafili (...) obejść wolę cesarza Francuzów. Ogłoszono usamowolnienie chłopów, wszakże zatrzymano ich dobytek; wolno było chłopu opuścić swoją wieś rodzinną, ale nie mógł z niej nic zabrać, co należało do sprzętów i inwentarza gruntowego. (...) Ruszyło się zatem całe chłopstwo jak roje pszczół, szukając przede wszystkiem zmiany losy teraźniejszego. Taka ogólna wędrówka była powodem poniszczenia gospodarstw chłopskich; już nie dbał odtąd gospodarz o swoją chałupę i o zabudowania gospodarcze, które mógł opuścić corocznie; wycinał drzewa owocowe, palił ogrodzenia, oczekując niecierpliwie św. Wojciecha, ażeby się przeprowadzić dokądinąd. Na ten czas począł ustawać patryalchalny stosunek dziedzica i chłopa; a ponieważ znajdowało się także i wielu dziedziców, dbających rzeczywiście o stan swych włościan, nie mogła nowa emancypacya poddanych jak tylko krzywdę wielką wyrządzić ludowi wiejskiemu. Całkowicie podupadł tą coroczną włóczęgą, aż doszedł do dzisiejszey nędzy. (...) gdyby tylko samolubstwo mężów, rządzących Księstwem Warszawskiem, pozwoliło im poczynić ofiarę z ziemi, posiadanej przez włościan w dobrach swoich, gdyby razem z uchyleniem poddaństwa byli chłopów ogłosili właścicielami gospodarstw, byłby się utrzymał stan wiejski przy mieniu i zamożności; ale ogłaszając ich usamowolnienie bez jakiegokolwiek prawa do ziemi, utworzyli tem samem klasę proletaryuszów, której w Polsce aż dotąd nie było. (...) Wypełniono dosłownie wolę jego [Napoleona], obdarowano chłopa wolnością tj. pozwolono mu żebrać po całym kraju.


Kalisz 1810:

Ówczesny Kalisz, słynny jeszcze z mnóstwa szczurów, była to nędzna mieścina, brudna, pełna żydostwa, nie mająca prócz rynku i hotelu u Woelfla murowanych budynków. ...cóż to bowiem był naówczas za zbiór ruder, char i błota! Zapadły na wpół ratusz stał pustkami wśród rynku, a kilkadziesiąt kamienic, otaczających go, stanowiły całą ozdobę siedliska władz departamentalnych. ...Woelfle powinien był dojść do nadzwyczajnego majątku, hotel jego albowiem był w owym czasie jedynym w Kaliszu. Sprzedawał trunki i obiady cztery razy drożej niż po innych miastach, a przy znanem usposobieniu Kaliszanów do kielicha, którym dopomagali i oficerowie, sypały mu się formalnie pieniądze.


Od Kalisza, w stronę Krakowa:

Okolica, którą ... przejeżdżałem, była smutna i uboga, pola zdawały się być co dopiero wykarczowane i zaludnione. Dworki liche, drewniane, budynki gospodarcze mizerne, chaty chłopskie nędzne, nie mające kominów, karczmy obszerne, a w nich żyd brudny...; miasta puste, po najwięcej niebrukowane, domostwa częściowo pod gontami, częściowo słomą kryte. Roje żydów w nich, gdzie niegdzie majster pijany albo mieszczanin, wracający z pługiem z pola. Ścieżki wydeptane w błocie po ulicach, kupy śmieci przed domami, a bydło paszące się na rynku. Winiarnia u żyda, a w niej pełno szlachty, ponajwięcej jeszcze w kontuszach. Chłop na wpół dziki, schorzały i nędzny; szlachcic głupi, zarozumiały i zabobonny. Mieszczanin pijak i niedołęga, żyd chytry, przebiegły i chciwy grosza. Lekarz żyd, cyrulik żyd, złotnik, krawiec, kuśnierz, kowal, zgoła wszystkie rzemiosła w ręku żydowskiem, opórcz jednego szewca. Propinatorowie żydzi, pachciarze krów żydzi, faktorzy żydzi, kupcy żydzi. Czego żądasz, musisz brać od żyda. Ksiądz najwięcej sobą zajęty, mało staranny o moralne wykształcenie parafian. Taki był stan ludności tych okolic w owym czasie. Co do kraju samego, mosty dziurawe, drogi kręte, mało gdzie naprawiane, błoto lub piasek na przemian, częstokroć wypadało grzęznąć w prawdziwych topieliskach. Nigdzie porządnego domu zajezdnego, a nieochędostwo wszędzie. Pijaństwo rozpowszechnione we wszystkich klasach, przesądy wszędzie, upór bez granic, ale powszechna wesołość, gościnność wielka, przywiązanie do narodowości bez granic, dobrej chęci pełno. Tak przedstawiali się ludzie i kraj pomiędzy Kaliszem, a Krakowem w r. 1810. Wyjątek stanowiły poniekąd Sieradz, Wieluń, Piotrków i Częstochowa, tam panował już większy porządek i można się było domyślać, że to miasta.


O dworach (Sieradz):

Obok wytworności w strojach, zbytków kuchni, a mianowicie piwnicy, zbywało na najpotrzebniejszej wygodzie domowej. Po za salonem panowały nędza, nieład i nieochędostwo. Polska, przepełniona odwiecznymi lasami, nie miała drzewa suchego na opał. Nigdzie nie było pokoju, zaopatrzonego w okna, szczelnie zamykane. Ogień palił się od początku zimy do końca maja dniem i nocą w ogromnych kominkach, z których się zwykle dymiło; piece były źle postawione, nic dziwnego, że w pokojach było zimno, powietrze wciskało się z podwórza szparami, przy kominie było gorąco, nieco dalej już się marzło. Rzadko gdzie spotykało się ogrody owocowe, a gdzie się znajdowały, tam nic innego nie było prócz gruszy, jabłoni i śliwek. U takich tylko obywateli, którzy nabrali wyższego wykształcenia, można było natrafić na owoce szlachetniejsze. Zwykle przychodził stróż bardzo wątpliwej czystości pomywać talerze do sali jadalnej w czasie obiadu, a zasiadłszy przy kominku, pomywał w węborku, napełnionym w przytomności siedzących przy stole ciepłą wodą. taki zwyczaj osobliwy nie raził nikogo. Ktokolwiek podróżował lub przybywał na nocleg w odwiedziny, ten przywoził ze sobą pościel, ponieważ ani pomyślano w owym czasie w jakimkolwiek dworze o pościeli gościnnej. A ponieważ dwory szlacheckie były po częsci szczupłe, przeto byli goście zmuszeni nocować wszyscy razem w sali jadalnej, do której wnoszono słomę, na tejże słano pościel, a nad pościelą zawieszano pawilony dla oddzielenia kobiet od mężczyzn. W całej Polsce zapomniano o wygodnym wychodzku, zdaje się, że nasi ojcowie wcale nie dbali o to miejsce, tak jednak bardzo potrzebne dla wygody codziennego życia. Nawet nie dostawano nocników po wielu domach, dla tego też przywożono ze sobą owe naczynia. Głównym zadaniem gospodarza było upoić gościa swego; nie było sposobu uchronienia się od kielicha. Tam, gdzie stan majątkowy nie dopuszczał, ażeby winem częstowano, nękał szlachcic gościa swego do piwa. Piwo grodziskie odgrywało pierwszą rolę w Wielkopolsce, sprowadzano je do każdego dworu bez wyjątku; zamożniejszy chłodził się niem po obfitej libacyi, biedniejszy częstował niem przybyłego. Wstawiano w takim razie półbeczkę w komin i toczono z niej w dzbanki tak długo, póty wszystkiego nie wypito. Kawa rozpowszechnioną była; panie polubiły ją namiętnie. Była to wielka plaga dla nich, kiedy kawa zdrożała aż do 10złp. za funt skutkiem systemu kolonialnego. Za funt cukru płacono także po 10złp. Chwytano się rozmaitych surogatów w tym czasie, mających zastąpić kawę. Używano palonego żyta, marchwi, a przedewszystkiem palonych migdałów ziemnych, rodzaj korzonków, hodowanych po ogrodach. Ów niedostatek kawy był przyczyną rozpowszechnienia się herbaty, którą dawnymi czasy chyba jako lekarstwo w aptekach kupowano.


O kraju w czerwcu 1812:

Wyruszyłem zatem w końcu czerwca z Warszawy (...) goniąc wielkie wojsko. Miły Boże, jakże spustoszony był cały kraj! Można było sądzić, że powtarzało się grasowanie Szwedów. Wsie opuszczone, okna wszystkie wytłuczone, część chałup porozbieranych, wszystkie ogrodzenia popalone, wnętrzności i skóry bydła pozabijanego rozrzucone po polach, szarpane przez gromady psów i drapieżnych ptaków, cała droga oznaczona padłymi końmi, których ściera nieznośnym zaduchem przepełniały powietrze, rzadko gdzie mieszkaniec, ukrywający się spiesznie na widok munduru wojskowego. Po miastach ludność, do szczętu zniszczona, zaledwo posiadała potrzebną żywność do utrzymania się do przyszłych żniw. Lud schorzały, noszący na twarzach piętno zobojętnienia całkowitego, po całej okolicy pełno maroderów, połączonych kupami, rabujących odległe wsie od traktu, kościoły zrabowane, stojące otworem, a służące wiele razy jako stajnie - taki był obraz całego kraju, począwszy od Warszawy aż do Wilna, a od Wilna aż do samej Moskwy.


O wsi litewskiej w 1812:

Przyodziewek prostego ludu w tej części Litwy nie był podobny do ubioru chłopów polskich i nie miał także nic wspólnego z kaftanem rosyjskim. Chłop miał głowę podgoloną, oprócz warkocza, pozostawionego na środku czaszki, nosił siwą sukmanę, ściśniętą pasem rzemiennym nad biodrami, miał spodnie płócienne, a na nogach łapce z łyka lipowego. W mowie zatrącał lud wiele wyrazów rosyjskich (...). Zabudowania wiejskie były o wiele lepsze od naszych, ale chaty mieszkalne wszystkie bez kominów, dym wychodził do izby z wielkiego pieca zajmującego jedną ósmą część izby mieszkalnej, a wychodził z niej na dół oknami i drzwiami. Szyb nie było w oknach, lecz dziura, pozostawiona w ścianie, która się zamykała kawałem bala, trzymającego się ściany grubym siedzeniem drewnianym, wpuszczonym w środek bala tego przez środek i w ścianę. Był to rodzaj kołowrotu, jaki widuje się przy wjeździe do wsi naszych. Oczywiście wszystkie izby okopcone i czarne w chatach chłopskich, ale ciepłe i suche, ponieważ dym nie dopuszczał wilgoci.

Napisz co myślisz:




© mail: admin na pulk12.pl