Pułk 12. Piechoty Księstwa Warszawskiego
2. batalion, 2.kompania

 

Wspomnienie towarzysza broni

Dnia 13 lutego 2012 roku pożegnaliśmy wielkiego człowieka, Mariana Mikułę. Jego odejście z ziemskiego padołu było dla nas dużym przeżyciem. Pomimo długiej choroby nie pozwolił nam się przygotować na to przykre doświadczenie. Swoim zapałem do życia, wigorem i wolą postępowania naprzód przekonywał nas, że czeka nas jeszcze wiele wspólnych imprez...

Staraliśmy się towarzyszyć mu w Jego ostatniej podróży poprzez wystawienie warty przy Jego ciele, oraz krótkie przemówienie, którego celem było wyrażenie zbiorowego ostatniego słowa. To pożegnanie, wspomnienie, wyraz szacunku i ostatnie wezwanie, brzmiało następująco:

Był kiedyś człowiek, który odmienił oblicze Europy. Prawodawca, reformator, a może tyran, zdobywca. Jakkolwiek by go ocenić, prawdą jest, że jego duch, jego miraż wiąże nas pod rekonstrukcją wojskowego sztandaru. Rzemiosłem tego człowieka był bitewny chaos, wykorzysytywanie go do osiągania największych celów. Skala sukcesów mierzona zaś była przez niego liczbą zdobytych sztandarów, liczbą wziętych do niewoli i przejętych armat. Człowiek ten zdobył ich tysiące.
Czy jednak rzeczywiście, wielkość człowieka, sukces, mierzymy wielokrotnością jakiegoś nominału? Ciężarem nagromadzonej materii?
Ty Marianie jesteś przykładem człowieka, który swoją osobą odpowiada na to pytanie, że nie. Twoje dwa i pół roku w szeregach 12. pułku piechoty, to historia człowieka niezwykłego. Wzoru żywej pasji, zaangażowania, oprócz tego życiowej mądrości i wielu godnych naśladowania cnót.
O Twojej chorobie wiedzieliśmy od dwóch lat. Nie ukrywałeś jej przed nami. Odwaga z jaką podjąłeś się walki imponowała i nadal imponuje. Twoja chęć tworzenia, zdobywania nowych szczytów, integracji grupy na kształt kompanii braci zamykała nam ze zdziwienia usta. Potrafiłeś ze spokojem rozmawiać z osobami, mającymi inne zdanie, odważnie mówiłeś co myślisz, a Twoje kroki zawsze prowadziły w kierunku sprawiedliwości. Empatia z jaką potrafiłeś pochylić się nad człowiekiem porównywalna może być chyba tylko z tą jaką rodzic odczuwa do swojego dziecka.
Nie wiem czy ktoś z nas miał odwagę powiedzieć Ci że Cię podziwiamy. Ja tej odwagi nie miałem, a dziś cytując w myślach księdza Twardowskiego żałuję tego.
Twoja nietuzinkowość przejawiała się szczególnie w tych momentach najtrudniejszych, które dla wielu są kresem wytrzymałości.
Zaszczytem dla nas było dzielenie z Tobą trudów zimnych nocy, deszczowych dni, palącego słońca i długiej podróży. Nigdy nie zapomnimy tego kim byłeś, osobą emanującą dobrym humorem, dowcipem, wysoką kulturą i szaloną, niezachwianą, odwagą wobec groźnego przeciwnika.
Cesarz jest zadowolony. Wierzymy, że twe osiągnięcia i to, co francuzi nazywają, "esprit de corps" zapewniło Ci tam na górze miejsce w szeregach Starej Gwardii. Wjedź tam na przodku swojej armaty, śpiewając piosenki - jak robiłeś to z nami. Pierwsza wiosenna burza będzie dla nas kanonadą, którą dasz znać, że masz się tam dobrze. My zaś wojennym prawem pójdziemy za głosem tych dział, by kiedyś do Ciebie dołączyć.

Ceremonia nie trwała długo. Wraz z rozejściem się rodziny i przyjaciół zmarłego pozostał pusty cmentarny plac. Jego chłodna przestrzeń udzieliła się również w naszych sercach. Ściszone rozmowy, spojrzenia wyrażające uczucie pustki i pytanie - co dalej? Odwieczny, niezgłębiony i bezlitosny problem śmierci dotknął nas również w tej dziedzinie, którą zwykliśmy kojarzyć z bestroską i dobrą zabawą. Paradoks, iż naszą zabawą są inscenizacje dziejów ludzi, którzy żelazną ręką byli prowadzeni w objęcia Śmierci, dodatkowo wzmógł zadumę, poczucie zagubienia i żalu.

Nie chcieliśmy by zapomnienie swoją podstępną i cichą taktyką wkradło się w nasze sumienia. Postanowiliśmy choć w kilku zdaniach wspomnieć o koledze Marianie. Oby te zdania i Jego wizreunek nigdy w nas się nie zatarły...

Marian pozostanie na długo w naszej pamięci jako wytrwały rekonstruktor, który walczył nie tylko na polach bitew. Wspominam go bardzo życzliwie. W szczególności łza się kręci jak przypominam Marianowe opowieści w podparyskim pokoju hotelowym. W drodze do i z Albuery,czy Waterloo rozbawiał nas do łez. Zawsze miał schowane przekąski na czarną godzinę, które wyciągał w najmniej oczekiwanym momencie i częstował każdego. Pamiętacie jak drewnianą laską maszerował na czele nas w hiszpańskie winnice w rytm śpiewanych pieśni. Był wtedy taki zadowolony i radosny. Jestem mu wdzięczny za to, że przed każdą bitwą na jaką wyjeżdżała 12-tka dzwonił i przypominał mi jak wielu kolegów czy zgłosiłem się i czy jadę. Święto pułkowe, które szykował w 2011 roku dało mu tyle sił i zadowolenia. Rozmawialiśmy wielokrotnie telefonicznie w swego rodzaju maratonach słownych nie tylko o reko. Marian miał swój świat i świadomość, że toczy walkę. Walczył z chorobą i niestety okazała się ona Jego Waterloo.Spoczywaj w pokoju Marianie. Odszedłeś do wiecznego pułku artylerii niebieskiej. Pokój Twej duszy.
ŁUKas

Kiedy wspominam Mariana to ma On dla mnie dwa oblicza,niczym jego 2 zdjęcia. Pierwszy Marian, ten z Galerii na stronie pułkowej,jest pełen werwy, uśmiechnięty, tryskający humorem, prowadzący nas wywijając swą laską ku niezmierzonym winnicom,smażący stosy schabowych i gotujący rosół z mięsiwem, których smaku nie zapomnę, ale zarazem rozważny i pełen życiowej mądrości. I ten drugi utrudzony pod Waterloo i w zeszłorocznym Kłodzku,ale nie użalający się nad sobą lecz walczący do końca; na tym drugim zdjęciu jest odwrócony plecami,idzie obok swojej armaty,odchodząc w dal na stanowisko,a z boku wszyscy patrzą na niego z podziwem. Kiedy w Kłodzku rozmawialiśmy o jego zdrowiu,wiedziałem już,że nie zostało mu wiele życia;świadomość tego była bardzo przygnębiająca, ale podziwiałem go za to, że nie dał się złamać losowi, a przed chorobą znalazł ucieczkę,angażując się do końca w życie naszego pułku. Żegnaj Marianie.
Andrzej

Prawdopodobnie gdyby nie choroba Mariana, nigdy bym się z nim nie dogadała. Ale pomimo różnicy zdań, zawsze pozostawałam w głębokim podziwie dla jego niezłomnej siły i chęci jak najpełniejszego życia, co potrafił zrealizować.
Kasimierz

Marian dla każdego był przyjacielem, można było na nim polegać. Pamiętam, pewnego razu w Kłodzku, po bitwie, zbieraliśmy się już do domu i na peronie czekaliśmy na pociąg, kilka osób. Było to Kłodzko Miasto. Kiedy o zaplanowanej godzinie nie nadjechał, zdaliśmy sobie sprawę, że odjeżdża ze stacji Kłodzko Główne, za 6 minut… Jeden telefon do Mariana wystarczył, by w przeciągu chwili zjawił się, zapakował nas do swojego volvo i łamiąc wszelkie możliwe przepisy drogowe, dowiózł na pożądany przystanek kolei, na czas. A gdy my siedzieliśmy już wygodnie w wagonie, Marian przypinał wózek z armatą do auta i z piosenką na ustach i uśmiechem pod wąsem ruszał w długą podróż powrotną do domu. A na tylnym siedzeniu wiózł nasze graty.
Mufinka


Norbert

Na każdej bitwie, na każdej imprezie, zawsze uronimy kroplę wina za nieobecnych, Marianie...

Napisz co myślisz:




© mail: admin na pulk12.pl