Pułk 12. Piechoty Księstwa Warszawskiego
2. batalion, 2.kompania

 

Relacja z imprezy Sępopol-Liski, 3 marca 2012

4 marca 2012 udaliśmy się na fantastyczną imprezę zorganizowaną przez GRH 21. Batalionu Fizylierów "Stutterheim". Nasi przyjaciele zainspirowani wydarzeniami opisanymi w [tym artykule] zaprosili nas by skrzyżować bagnety i tasaki w leżącym nad rzeką Guber Sępopolu.

Impreza dziewicza, organizowana tutaj po raz pierwszy, była niewiadomą. Jednak malownicze tereny Warmii i jej okolic wdarły się w nasze rekonstruktorskie serca tak bardzo, że jechaliśmy w ciemno. Fakt, że nasi koledzy z 21 Batalionu Fizylierów "Stutterheim" "nie robią lipy" (cytat z jednego z jego członków) dodatkowo podsycił nasz apetyt na doskonałą imprezę.
To co zastaliśmy na miejscu nie zawiodło nas. Słoneczny chłodny poranek pobudzał krew do szybszego krążenia. Zastrzyk kawy, śmiechy, żarty, rozgrzewka dobosza, ruszamy w bój.
W bitewce udział wzięły następujące grupy:

Koalicja antynapoleońska:
- 21. Fusilier Bataillon "Stutterheim"
- Jager kompanie von Sell
- Wilenski Pułk Muszkieterski
- Festungsartillerie Glatz

"Słuszna" strona:
- 12-ty Pułk Piechoty Xięstwa Warszawskiego
- 2 Pułk Piechoty Xięstwa Warszawskiego (w sile jednej głowy i dwóch nóg)
- 1-me Regiment d'Artillerie a Pied

Potyczka zaplanowana była na przedpolu miejscowości, przy zabytkowym XIV-wiecznym murze obronnym i gotyckim kościele pw. św Michała Archanioła zbudowanego w tym samym okresie co i mury.
Starcie było dynamiczne, zażarte, nie dawano pardonu. Teren był na tyle duży by zmieścić armaty, by móc manewrować, ale jednocześnie na tyle mały, ograniczony drogą, rzeką i murem, aby całość nabrała malowniczego charakteru. Potyczka okazała się dla nas pechowa. Armaty grzmiały (jedna ustawiona za murem, siekła wroga poprzez wyrwę w ścianie), a nasi żołnierze dokonywali cudów. Siły koalicji napadły na nas jednak z taką siłą, że nie pomogły ani kartacze, ani nasza ofiarność i męstwo. Działa zostały zagwożdżone, my zaś wepchnięci do miasta. Broniliśmy się na murach, lecz i te zdobyto. Klęska była całkowita, żaden Biuletyn nie mógł by tego przekuć na choć mały sukces.
Pomimo poniesionej porażki, humory nam dopisywały. Rany okazały się bowiem nieprawdziwe, a ci, którzy przed chwilą byli wrogami, okazali swoją prawdziwą-przyjazną twarz. Wspólnie udaliśmy się na doskonały posiłek, podczas którego zaszczycił nas swoją obecnością pan Burmistrz.
Druga cześć dnia oczekiwała nas w pobliskich Liskach - wsi, w której znajduje się piękna stadnina koni. Zakwaterowani w ośrodku Civitas Christiana, ochędożyliśmy się, pozbieraliśmy zapasy i ruszyliśmy na grę wojenną. Fortuna zażyczyła sobie aby to Koalicja była stroną ściganą. Strona, która po zajściu Sępopolskim nie powinno już istnieć, była grupą pościgową.
Wyruszyliśmy. Opuściliśmy Liski kierując się na północny-wschód. Szybko przekonaliśmy się, że ziemia w czasie tegorocznego przednówka dopiero co wyrwała się z okowów mrozu. Stopy tonęły w błocie. Nic to jednak dla miłośników rekonstruktorskiego znoju, do jakich się zaliczamy. Słońce i chłodne powietrze podsycało znakomite nastroje. Szliśmy, wroga ani widu, do czasu jednak... ściana lasu zaczęła błyskać "metalowymi igiełkami" wyczyszczonych karabinów. W tym momencie stało się jasne, gdzie należy się kierować. "Oby tylko nie było zasadzki" - myśleliśmy. Tak szybkie wykrycie przeciwnika wydawało się podejrzane.
Doszliśmy do ściany lasu. Nasza obecność była dla Koalicji oczywista. Rozsypani w szeroką tyralierę nie byliśmy łatwym celem, ale widać było nas doskonale. My wroga dobrze nie widzieliśmy. Ubrani w ciemną zieleń jegrzy znakomicie maskowali się na tle lasu. Przyzwyczajone do specyficznego rodzaju poszukiwań oko zaczęło wyłapywać w gęstwinie pruskie i rosyjskie czaka, błyskające stalą karabiny. Zaczęły padać strzały. Wbiegliśmy w las. Zapanował chaos. Gromadząc się w zespoły, próbowaliśmy ścigać uciekających przeciwników. Rejterada grupy, która nas na siebie ściągnęła była mocno podejrzana. Niemal namacalnie dało się czuć, że czai się tu coś niedobrego. "Gdzie jest dowódca?" - szeptali do siebie zdezorientowani żołnierze. Wówczas było to już nie ważne. Było nas mało, byliśmy rozproszeni, nie pomógłby i sam Bonaparte z furią galopujących marszałków. "Atakuj albo giń!" - strzały nie ustawały, było ich coraz więcej, dochodziły ze wszystkich stron. Kto był myśliwym, kto zwierzyną? Wszystko już się pomieszało! Sekundy nie istniały, minuty pędziły jak oszalałe, dwa-trzy kwadranse starcia i... znów przegraliśmy! Zasadzka zastawiona przez koalicjantów zatrzasnęła się na nas z wielkim hukiem. Zostaliśmy przechytrzeni i otoczeni. Pozostało tylko drugi raz tego dnia złożyć broń. Trudno, trzeba było przyznać, że tym razem męstwo ustąpiło przebiegłości. Pozwalając sobie przywołać zasłyszany gdzieś słowa: Knucie lisa okazało się równie zabójcze jak siła wilka.
Zgromadzeni w leśnej przesiece, ponownie zrzuciliśmy maski śmiertelnych wrogów i pokazaliśmy sobie roześmiane oblicza. Gratulacje za udane manewry przerwane zostały przez gorączkowe gromadzenie się przy roznieconym ogniu i dźwięk korków wyciąganych z butelek. Zasłużony odpoczynek przy ogniu, piękna pogoda, doskonałe nastroje, ah... czego chcieć więcej. Do ośrodka wróciliśmy po zmroku, szybko jednak nikt nie poszedł spać...
Dziękujemy wszystkim za wspaniałą imprezę! Zdjęcia z imprezy [o tutaj.

Napisz co myślisz:




© mail: admin na pulk12.pl