Pułk 12. Piechoty Księstwa Warszawskiego
2. batalion, 2.kompania

 

Przygotowania do "Drugiej Wojny Polskiej" w czeskim Velkym Tyncu

W piątkowy ranek 11.05.2012 wydzielony oddział 12ppXW, w składzie 2 fizylierów, wyruszył po wojenną chwałę na Morawy – tym razem naszym celem był Velky Tynec, wbrew swej nazwie, niewielkie miasteczko leżące kilka kilometrów na południe od Ołomuńca – gdzie wyznaczono miejsce koncentracji wojsk wyruszających na Rosję; rzecz jasna na „drugiej wojnie polskiej” nie mogło zabraknąć nas - żołnierzy XW.

Jak się okazało, przybyliśmy jako jedni z pierwszych; poznanie Tyńca nie zajęło nam wiele czasu; centralne miejsce zajmuje wzgórze, na szczycie którego, w niewielkim parku stoi zamek (właściwie piętrowy pałac, mieszczący obecnie władze miejskie, policję i stylową restaurację, w której warto zamówić zimny kufel browaru Svijany), a tuż za nim barokowy kościół (wszystko to przywodzi na myśl nie tak odległy Slavkov, choć w znacznie skromniejszym wydaniu – jak się okazało sama impreza też przypominała tą grudniową). Obóz póki co istniał tylko w wyobraźni organizatorów, zajmując rozległe trawniki przed tamtejszą szkołą (mającą być zapleczem logistycznym imprezy). Przed narastającym upałem znaleźliśmy ochłodę w cieniu ogromnego platanu, po czym z wielką uwagą (kojąc zmysły nachodskim weissbirem oraz kłębami czereśniowych cygar) oddaliśmy się obserwacji wzrastania tamtejszej trawy…

Około 15-tej zaczęli przybywać kolejni uczestnicy; przyszedł czas na rozbicie namiotu -postanowiliśmy pozostać pod „opieką” rozłożystego drzewa. Na godzinę 17 przewidziano pierwszy punkt programu, czyli wkroczenie wojsk napoleońskich do miasteczka i przejęcie kluczy od burmistrza - tu spotkał nas zaszczyt występowania razem z Gwardią. Niedługo potem, wśród szpalerów zaciekawionych mieszkańców odbyła się potyczka z wycofującymi się Rosjanami.

Po powrocie do obozu, w którym w międzyczasie wyrosło ponad 60 namiotów (reszta z ponad 300 uczestników nocowała w szkole), okazało się, że naszymi sąsiadami są „stare wygi” z 57 pułku; ponadto w szeregach Wielkiej Armii, oprócz wspomnianej gwardii i 57 pułku znalazł się pułk 18 oraz artyleria piesza; austriackich sojuszników reprezentowały m.in. regimenty nr1,3,12 i 20 oraz ułani Schwarzenberga. Po drugiej stronie Niemna (czytaj budynku szkoły) czekały już na nas pułki muszkieterskie, artyleria i kozacy. Wieczór w miłej atmosferze (tudzież w oparach tamtejszej specjalności - ołomuckich serków – biologiczno-chemicznej broni masowego rażenia) spędziliśmy na biesiadowaniu z czeskimi kamratami.

O świtaniu przywitał nas piękny wschód słońca, niebawem jednak napłynęły chmury polarnego frontu, zrobiło się zimno i zaczęło padać (wiadomo, był to czas Ogrodników).

Po śniadaniu zagrały werble i cała armia przemaszerowała do centrum, opodal cmentarza, gdzie na dużej łące/skwerze znajdowało się przyszłe pole bitwy. Tutaj nastąpiły godzinne manewry, ćwiczyliśmy m.in. walkę w tyralierze. Zaraz po tym, w zamkowym parku, odbyła się kolejna „prestrelka” z oddziałami wroga. Huk wystrzałów wywarł wrażenie nie tylko na widzach, ale również na szybach kościelnych okien, o czym z dezaprobatą powiadomiła nas tamtejsza gospodyni. Chwila wolnego, obiad (ten, razem z kolacją dostawaliśmy w miejscowym domu kultury popijając kuflem zacnej Holby z hanuszowickiego browaru) i werble po raz wtóry tegoż dnia zagrały nam do wymarszu (niestety przy akompaniamencie padającego deszczu). Razem z 57-ką pod dowództwem charyzmatycznego Honzy („Polska zhynula”) ruszyliśmy do boju, który dla nas, w myśl scenariusza zakończył się po półgodzinnej walce - przełamaliśmy linie rosyjskie i zza pleców widzów obserwowaliśmy dalsze zmagania. Pod wieczór chmury rozstąpiły się, ponownie zaświeciło nam słońce, mieliśmy jednak odczucie, że chyba jakieś październikowe – pod mundur wdzialiśmy czym prędzej lejbik i znów stanęliśmy do szeregu wziąć udział w walkach ulicznych przy wspaniałej scenerii płonącego nieba( marznące dłonie i cudowny spektakl zachodzącego słońca przywodził na myśl podobne okoliczności spod Waterloo roku 2010).

O zmroku, w zamkowym parku rozpoczął się festyn okraszony występami muzycznymi (w tym zespołu  folklorystycznego grającego muzykę niczym z naszego Podhala), licznymi straganami oraz pokazem ogni sztucznych. Mieszkańcy Tyńca byli bardzo zadowoleni i dumni, z faktu, że wielka historia zawitała do ich sennego miasteczka. Jako polskie „rodzynki”, wyróżniające się odmiennymi mundurami spotkaliśmy się z ich strony z wyrazami sympatii i życzliwości, a serwowane specjalności morawskich winnic i sadów śliwkowych skutecznie rozgrzewały i zachęcały do wspólnej zabawy, tym bardziej, że ku naszej uciesze, w Tyńcu nie brakuje urodziwych holek…

Niedzielny poranek przywitał nas pięknym słońcem i uroczystą mszą polową z udziałem orkiestry dętej. W południe po raz ostatni wezwały nas werble; z na wpół „spakowanego” obozu wyruszyliśmy na znaną nam już łąkę – tym razem prócz Rosjan, naprzeciw nas stali nasi niedawni sojusznicy Austriacy – zegar historii wybił godzinę odwrotu spod Moskwy. Znów walczyliśmy w tyralierach, szable wrogiej kawalerii szczerbiły się na naszych bagnetach. Pomimo wielkiego ducha walki, szeregi francuskie zaczęły w końcu lawinowo topnieć, zaściełając pole bitwy gęstym trupem; kątem oka widziałem walkę wręcz Daniela z austriackim pogranicznikiem, by po chwili paść samemu z poderżniętym gardłem oddając bodaj ostatni strzał tej bitwy…

I to był już koniec imprezy, burmistrz odzyskał klucze Wielkiego Tyńca. Pozostały już tylko wzajemne podziękowania za wspólną walkę, udaną zabawę, życzenia szerokiej drogi i spotkania na kolejnej bitwie.

Wracaliśmy bardzo zadowoleni, Czesi kolejny raz udowodnili, że potrafią się wspaniale bawić; szczególne podziękowania dla czuwającego nad wszystkim Pawła Grenara oraz Honzy , Rendy i żołnierzy 57-ego

Ahoj!

Polska nezhynula!

Napisz co myślisz:




© mail: admin na pulk12.pl