Wyprawa smoleńska 2012 - Fizylierzy 12 pułku piechoty Księstwa Warszawskiego

Pułk 12. Piechoty Księstwa Warszawskiego
2. batalion, 2.kompania

 

Wyprawa smoleńska 2012

Wyprawa smoleńska była dla nas jedynym pewnym wyjazdem roku 2012 nawiązującego do kampanii 1812. Poprzedziły je spotkania organizacyjne, dopiero podczas ostatniego z nich dowiedzieliśmy się, że będziemy uczestniczyć w rekonstrukcji nie oblężenia Smoleńska , a bitwy pod Łubinem.

Część z nas dowiedziała się o tym dopiero na miejscu. Wyjazd budził niepokój. Ze wspomnień "weteranów" wiedzieliśmy, że najtrudniejsze będzie przekroczenie granicy z Rosją. Odpowiednio zaopatrzeni spotkaliśmy się przed warszawskim Arsenałem. Z powodu opóźnienia trzeciego autobusu wyruszyliśmy z półtoragodzinnym opóźnieniem. Jak się okazało, dotrzymywanie terminów było najsłabszym elementem wyprawy. W naszym autobusie podróżowali koledzy z SAD-u i 2. pułku piechoty. Droga od samego początku okazała się bardzo wesoła. By przekroczyć granicę wspólnie autobusy często się zatrzymywały co zaowocowało kolejnymi opóźnieniami, a w efekcie i tak nie wjechaliśmy na granicę razem. Łotwa przywitała nas pięknym wschodem Słońca. Widoczne stały się też różnice w krajobrazie. Domostwa były coraz rzadsze, większość terenu stanowiły nieużytki i lasy. Granic z Rosją okazała się prawdziwym wyzwaniem.

 

Samo przekroczenie jej nie było problematyczne. Będąc na miejscu chcieliśmy otrzymać zapewnienie, że droga powrotna przebiegnie sprawnie. W tym celu staraliśmy się otrzymać dokumenty potwierdzające wwiezienie przez nas, wymagającej przecież pozwolenia w Rosji, broni. Cały pobyt na granicy zajął nam dziewięć godzin i wpłynął na zmianę planów. Wiadomym stało się, że plan rozbicia obozu i ćwiczeń pierwszego dnia jest nierealny. Zdecydowaliśmy, że pojedziemy Katynia. Zobaczyliśmy stację w Gniezdowie skąd transportowano zamordowanych w lesie oficerów. Katyń przywitał nas blaskiem złota na kopule cerkwi wzniesionej kilka miesięcy temu. Na miejscu uczestniczyliśmy w mszy ku pamięci pomordowanych oraz kolegów zmarłych w tym roku. Mieliśmy też godzinę na zwiedzenie tego złowrogiego miejsca (oprócz Polaków, leży tam prawdopodobnie do 300 tys. Rosjan, niektórzy pochowani zaledwie kilkanaście centymetrów pod ziemią). Po południu udało nam się, w końcu, dotrzeć do miejsca rozlokowania. Wcześniej przejechaliśmy przez Smoleńsk, który w pełni dane nam było zobaczyć dopiero w drodze powrotnej. Wymierzenie i rozbicie obozu przebiegło bardzo sprawnie. Muszę tu podziękować Waldkowi, który pomógł mi w obowiązkach komendanta placu. Obok siebie stały obozy rosyjski i francuski. Pomiędzy nimi wytyczono drogę, a oba obszary zostały opasane brzozowym ogrodzeniem.

Po rozlokowaniu mogliśmy zobaczyć najbliższą okolicę. Obóz leżał na płaskowyżu, z którego teren łagodnie opadał w stronę Smoleńska. Obozowaliśmy na historycznym miejscu bitwy z pięknym widokiem na starą drogę smoleńską. Zaplecze techniczne budziło zrozumiały niepokój. Wychodki okazały się drewnianymi budkami, woda czerpana była z beczkowozu a kuchnia ograniczała się do jednego stanowiska wojskowej kuchni polowej. Ten ostatni przybytek okazał się największym rozczarowaniem. Zawsze spóźnione posiłki wpływały na harmonogram całej imprezy. Kucharz mieszał kaszę deską ku uciesze całej kolejki. Jakość potraw też była kiepska. Rozgotowana, mdła, kasza lub makaron nazwany "spagetti smolognese". Bardzo dobry był natomiast rosyjski chleb. Obozu strzegli koledzy z Gandarmerie Imperiale, nie trzeba więc było wystawiać osobnych wart. Wieczorem odwiedził nas Oleg Sokołow, po zwyczajowych pozdrowieniach i śpiewach przeszedł do reszty obozu. Szkoda, że większość kolegów podjęła głównodowodzącego w gaciach. W naszym pułku jedna osoba dała się przyłapać bez furażerki.

Sobota rozpoczęła się od ćwiczeń, w czasie których, po przypomnieniu szkoły bataliony, przećwiczyliśmy scenariusz bitwy. Polacy stanowili, bez wątpienia, największy i najlepiej zorganizowany oddział. Pułki dywizji współpracowały z WAT-em i Legią Nadwiślańską, które działały w tyralierze. W czasie bitwy stanowiliśmy centrum wojsk. Na skrzydłach działał jazda. Wyróżniały się tu zwłaszcza pułki karabinierów i kirasjerów.

O 16.00 rozpoczęła się rekonstrukcja bitwy. Zgodnie ze scenariuszem mieliśmy szturmować centrum pozycji nieprzyjaciela, by po dwukrotnym odwrocie, ostatecznie je zdobyć. Na prawym skrzydle mieliśmy gwardię, na lewym pułki francuskie. Uwagę zwracała pirotechnika. Częste i silne wybuch doskonale urozmaicały starcie. samą eksplozję poprzedzał gwizd, imitujący odgłos spadającego pocisku. Było to bardzo realistyczne a dodatkowo ostrzegało przed wybuchem wpływając na bezpieczeństwo. W ostatnim momencie bitwy ( a w zasadzie już po jej zakończeniu) wysadzono reduty , wraz z kukłami, które były tam specjalnie umieszczone. Gdyby zrobiono to w czasie bitwy efekt byłby lepszy, po starciu wyglądało to nieco komicznie. Tak jak przewidywał scenariusz odbyliśmy dwa szturmy na pozycje rosyjskie. Pierwszy zakończył się ucieczką całego batalionu, zatrzymanego dopiero przez posterunki żandarmów. Drugi szturm zatrzymał się na pierwszej linii obrony. Doszło wtedy do epizodu z udziałem Legii, Wat-u i Białorusinów. Jak utrzymują koledzy, Białorusini byli agresywni i pijani. Podczas próby odebrania Legii sztandaru doszło do bójki. Na szczęście dowódcy grup zachowali zimną krew i zakończyli przepychankę. Bitwa zakończyła się zdobyciem rosyjskich baterii. Schodząc z bola bitwy żegnały nas okrzyki publicznośći "maładcy, maładcy". Po inscenizacji odbył się uroczysty pogrzeb żołnierzy biorących udział w bitwie. Podczas prac ziemnych wykopano szczątki 28 żołnierzy. Udało się ustalić, że byli do Portugalczycy, Fracuzi (18. i 35. pp) oraz Rosjanie. Oleg Sokołow, doceniając zasługi Waldka w budowie polskiego batalionu awansował go na pułkownika. Miałem przyjemność być na krótkiej uroczystości nadania stopnia. Po bitwie odbyły się, sprawnie przeprowadzone, tańce epokowe, w których, co zrozumiałe, nie braliśmy udziału. Dowódcy grup zebrali się by ustalić dalszy plan. W niedzielę miała się odbyć defilada w Smoleńsku, która jednak została przesunięta o dwie godziny. Z żalem musieliśmy z niej zrezygnować. Wieczór zakończyła iluminacja.

Po zwinięciu obozu pojechaliśmy do Smoleńska. mieliśmy jedynie półtora godziny na zwiedzenie miasta. Przed rozejściem się dostaliśmy pamiątkowe odznaczenia. Organizator, w ten sposób, podziękował najlepszej, jak sam zaznaczył, grupie. Po zwiedzeniu Soboru Uspienskiego ( z tablicą upamiętniającą walki z Polakami w XVII wieku) pobiegliśmy zobaczyć Bramę Nikolską szturmowaną przez nasz pułk. Po drodze zobaczyliśmy pomnik bitwy smoleńskiej oraz początek defilady, która nas ominęła, a która okazała się bardzo skromna. Mieliśmy rację dzień wcześniej rezygnując z tej uroczystości. Zobaczyliśmy jeszcze bastion wzniesiony w XVII wieku (zwany dziś "bastionem Szejna")i wróciliśmy do autokarów. Jak się okazało udało nam się zobaczyć najwięcej ze wszystkich. Samo miasto, pomimo ogromnego potencjału, jest jednak mocno zaniedbane. Ostatnim punktem było lotnisko Siewiernoje. Miejsce katastrofy przekonało nas jak kiepski był pomysł by tam lądować. Zobaczyliśmy słynną brzozę i jar, który okazał się bardziej doliną. Smoleńską mgłę obserwowaliśmy codziennie.

Droga powrotna przebiegała przez Wielkie Łuki. Dlaczego jechaliśmy akurat tędy pozostaje zagadką naszej wyprawy. Zbliżyliśmy się do Moskwy o 320 kilometrów jadąc przez opustoszały kraj. Przejście granicy przebiegło dosyć sprawnie. W każdym razie ominęło nas, dzięki wcześniejszej zapobiegliwości, przeglądanie bagaży. W Ostrołęce dosiadła się do nas część kolegów z innego autokaru, którzy zostali do tego zmuszeni bez podania przyczyny. Ten ostatni zgrzyt utwierdził nas w przekonaniu o tym jak kiepsko byli do wyjazdu przygotowani kierowcy. Powrót zajął nam 30 godzin.

Reasumując. Wyjazd okazał się niezapomnianym przeżyciem. Bitwa, dobrze przeprowadzona, zapewniała dużo emocji. Rosjanie, z którymi rozmawialiśmy, okazali się prawdziwymi znawcami epoki, wiedzącymi o działaniach Polaków bardzo dużo. Minusem było zaplecze: "skocznie", kuchnia czy organizacja znacznie odbiegały od standardów do których jesteśmy przyzwyczajeni. Sam obóz był dosłownie oklejony samochodami i współczesnymi namiotami, co skutecznie psuło klimat. Przejście graniczne, pomimo straty czasu, okazało się względnie niegroźne. Pamiętać jednak musimy, że byliśmy na nie przygotowani. O tym jak udany był wyjazd niech świadczy fakt, że wszyscy, którzy brali w nim udział zapowiedzieli chęć wyjazdu na Borodino, zaraz po trzydziestogodzinnej podróży.

Kampania trwa !

Sebastian Teusz

 

 

 

Napisz co myślisz:




© mail: admin na pulk12.pl