Realacja z wyprawy na pola Borodino w 200-setną rocznicę bitwy - Fizylierzy 12 pułku piechoty Księstwa Warszawskiego

Pułk 12. Piechoty Księstwa Warszawskiego
2. batalion, 2.kompania

 

Realacja z wyprawy na pola Borodino w 200-setną rocznicę bitwy

Rekonstrukcja bitwy pod Borodino miała być kulminacyjnym punktem obchodów dwustulecia II wojny polskiej.

Odpowiednio zaopatrzeni stawiliśmy się przed warszawskim "Arsenałem", większość pułku dosiadła się na trasie w Augustowie. Granica rosyjska przywitała nas ośmiogodzinnym oczekiwaniem połączonym z nadzorem osobnika o mongolskich rysach twarzy, który skutecznie spędzał nas z trawnika okrzykiem "eto nie pliaż!". Długie oczekiwanie doprowadziło do sytuacji, w której przybyliśmy do obozu w środku nocy.

Nie wiedząc gdzie mieści się nasz obóz zdecydowaliśmy się spędzić noc w autobusie. Rano wyszedłem z Waldkiem szukać miejsca na biwak. Po drodze spotkaliśmy Fiodora z 18. pp, który, jako stały bywalec, wprowadził nas w panujące tu zwyczaje: ostrzegł przed pogodą, przemarszami i błotem. Jego przepowiednie, na nasze nieszczęście, spełniły się co do joty.

Pierwszy dzień pobytu miał być okazją do zwiedzenia "starej stolicy". Przez Możajsk ruszyliśmy ku Moskwie. Podróż przebiegała sprawnie, przerywana od czasu do czasu, wizytami obwoźnych sprzedawców oferujących takie dobra jak: cudowna gąbka, mapy świata, szkolne ściągi, pisma dla dorosłych, piwo czy podświetlane szkła powiększające. Muszę tu zaznaczyć , że naszą wycieczkę doskonale zaplanował i przeprowadził fizylier Andrzej. Metrem dojechaliśmy na Plac Czerwony, zwiedziliśmy Kreml i Galerię im. Puszkina.

Po powrocie okazało się, że musimy przenieść swoje rzeczy z autokaru i rozbić namioty. Pierwsza noc pokazała nam uroki rosyjskiej pogody. Wraz z zachodem Słońca zaczęła podnosić się mgła, która powodowała znaczne obniżenie odczuwalnej temperatury. Mundury błyskawicznie wilgotniały, a wnętrza namiotów przypominały zimny loch. Nic więc dziwnego, że rano wszyscy byli zziębnięci i niewyspani. Po przebudzeniu dane nam było skorzystać z uroków miejscowej kuchni. Ta prowadzona była przez osobników w typie kaukaskim. Jak zwykle spóźniona i serwująca głównie kaszę. Tajemnicą tego przybytku były szaszłyki do nabycia za 250 rubli. Posiłki darmowe były dla nich konkurencją więc podawano je nie o czasie i w zbyt małej liczbie porcji.

Po posiłku przeszliśmy na ćwiczenia. Marsz na miejsce egzercycji okazał się trudnym wyzwaniem. Kilka kilometrów po asfalcie doprowadziło nas do skraju wytrzymałości. Stopy były poodbijane i wkrótce pojawiły się na nich krwawe pęcherze. Miejsce przejścia na plac pokazał nam woltyżer Elvis z 7. pp, który wyłonił się z zarośli. Ćwiczyliśmy podstawy szkoły batalionu co było zrozumiałe przy tak zróżnicowanym towarzystwie. Ćwiczenia były pierwszą okazją zobaczenia całej, świetnie się prezentującej, armii. Pod koniec okazało się, że odwiedzi nas sam Imperator ( w postaci niezastąpionego Marka Schneidera). Podczas przeglądu cesarski koń znarowił się i zrzucił jeźdźca, ten jednak sprawnie zeskoczył i ustał w miejscu wywołując entuzjazm żołnierzy.

Wracając zobaczyliśmy pomnik poległych, jedyny poświęcony żołnierzom Wielkiej Armii. Droga powrotna okazał się koszmarem, tym bardziej, że na miejscu mieliśmy 10 minut na posiłek. Rosjanie dali każdemu z uczestników paczkę zawierającą: wodę, pasztet, konserwę mięsną i konserwę z..... kaszą, mleko zagęszczone, torebkę herbaty i chusteczki do mycia. Przedziurawiona bagnetem puszka z mlekiem była dl nas jedynym posiłkiem, po którym poszliśmy na pole bitwy. Organizatorzy włożyli wiele wysiłku by oddać topografię terenu. Pole przecinała rzeka z licznymi mostami. Zajęliśmy pozycję na prawym skrzydle. Rosjanie starali się poustawiać rekonstruktorów w miejscu gdzie historycznie walczyły ich pułki. Stanowiliśmy więc V Korpus mając przed sobą oddziały rosyjskie, wśród których wyróżniały się pawłowski pułk grenadierów i kazańskie opołczenie. Przed bitwą mieliśmy chwilę czasu, kilku z nas ucięło sobie drzemkę. Przebudzenie na polu bitwy na okrzyk "Cesarz!" okazało się niezapomnianym przeżyciem. Nasza grupa była w całkowitej rozsypce, mimo to żołnierze zaczęli spontanicznie wiwatować. Sama pierwsza bitwa (będąca w zasadzie próbą niedzielnego starcia) zostawiła pewien niedosyt. Staliśmy daleko od centrum wydarzeń, częściowo odwróceni. Po kilku szturmach zdobyliśmy rosyjskie pozycje. Po powrocie zostaliśmy zaproszeni przez kolegów z 3.pp gdzie fizylier de Gaulle przedstawił nam bardzo ciekawą prezentację okazującą przebieg bitwy.

Plan niedzielny miał być powtórką z dnia poprzedniego, jedynie ćwiczenia zastąpiono uroczystością pod pomnikiem poległych. Znaliśmy już tą trasę, byliśmy pod pomnikiem ale to zmęczenie zadecydowało o tym, że nie poszliśmy pod pomnik. Tym większy szacunek dla tych, którzy się tam udali! Przed inscenizacją sprawdzono czy nie zabraliśmy ze sobą stempli, rozdano też przygotowane wcześniej ładunki. Uderzająca była liczba policjantów i pracowników innych resortów. Podczas przejścia na pozycje mogliśmy zobaczyć całą armię idącą w trzech równoległych kolumnach. Bitwa była dokładnym powtórzeniem z soboty. W jej trakcie wyróżnił się woltyżer Grześ z 7.pp który przeszedł wpław rzekę, mocząc się po pas by dostarczyć amunicję Legii Nadwiślańskiej. Za swój czyn został awansowany do stopnia gefrajtra. Po powrocie zaczęliśmy się pakować. Po zmroku przenieśliśmy swoje rzeczy brnąc w błocie.

Reasumując, wyjazd okazał się prawdziwym sprawdzianem wytrzymałości. Przemarsze, chłód w nocy, deszcz i gorąco w dzień i marna kuchnia sprawiły, że wielu z nas uznała ten wyjazd za jeden z najcięższych pod względem fizycznym. Sama bitwa nie była specjalnie ciekawa, ale to raczej z winy naszej pozycji. Widok pędzących kirasjerów, maszerujących kolumn czy zasnutych dymem baterii zostanie w pamięci każdego z uczestników.

Sebastian Teusz

Napisz co myślisz:




© mail: admin na pulk12.pl