Pułk 12. Piechoty Księstwa Warszawskiego
2. batalion, 2.kompania

 

Relacja z Toprzyn 2013

Dziesiąty dzień od opuszczenia Kowna. Temperatura jak by wyższa, około minus dwunastu stopni Réaumura. To chyba coraz bliższe nam morze łagodzi uścisk lodowatych szczęk zabójczego powietrza. Pozostało nas dziesięciu. W ostatnie dni szczęśliwie nie natknęliśmy się na wroga. Chyba i Kozaków dopadło w końcu wyczerpanie.

Od opuszczenia Litwy, gdzie zginęli nieodżałowani kapral Lorenzo i starzy druhowie Pietraszon z Kasimierzem, naszą grupę uszczuplili także sierżant Klemens i ostatni w pułku dobosz. Nikt nie wie co się z nimi stało. Kurczak, który miał czuwać nad ogniem gdy walczyliśmy ze śnieżycą w okolicach pola bitwy pod Frydlandem, dwa dni temu, mówił, iż widział ich udających się za potrzebą. Zmieniony w czuwaniu przez Radka poszedł spać, zmiennik zaś nie doczekał się ich powrotu. Gdy wstaliśmy, nikt już ani myślał wyruszać na poszukiwania. Kolejne ofiary tej bezmyślnej wojny,... Teraz, po kilku miesiącach, zastanawiam się i boję tego potwora jaki wyrósł we mnie i w każdym z nas w tamte dni. Wykończone, wygłodzone, ludzkie wilki błądzące po ostrzu zimowej brzytwy. Beznamiętnie pozwalaliśmy naszym dobrym przyjaciołom ginąć na jej świecącej kryształkami lodu krawędzi. Cicho rozpłatywała nasze ciałą, niepodobne już do tych, z którymi wyruszyliśmy na rosyjską kampanię. U kresu tej klingi był Gdańsk. Miasto, z którego wyruszyliśmy, do którego mieliśmy rozkaz powrócić, w którym pozostały jedyne osoby, sprawy i wartości, które wbrew wszelkie logice kazały nam walczyć o utrzymanie światełka życia. Dziesięciu,... dziesięciu z blisko tysiąca w naszym regimencie, który przekroczył Niemen...


Zaczynało świtać, gdy doszliśmy do wsi Topprinen. Było to 7 kilometrów na południowy zachód od Prussich Eylau, gdzie pięć lat temu Cesarz starł się z Benningsenem. Sierżant Remik, bez którego już dawno wszyscy bielelibyśmy na zmrożonych pustkowiach, pamiętał tę bitwę. On to służąc pod marszałkiem Neyem, we francuskim jeszcze mundurze, wszedł na pole bitwy, gdy ta już była w dalekim stadium rozwoju. W dniach, gdy jeszcze wszyscy ze sobą beztrosko rozmawialiśmy, gdy żyło w nas coś więcej niż tylko głód i atawistyczne instynkty walki o przetrwanie, Remik opowiadał o hekatombie tej bitwy. Była to rzeź, której fatalne wrażenie zamazało w nim dopiero jeszcze straszniejsze starcie dwóch żywiołów, jakim była walka pod Moskwą. Tego poranka, kilkaset metrów przed natangijską wsią, nie wiedzieliśmy jeszcze, że złe duchy jakie powstały tu po bitwie 1807 roku i snują się w poszukiwaniu ofiar, które mogły by pochłonąć do swojego Limbo, wyciągną ku nam swoje nadgniłe i bezlitosne szpony...

Zauważyliśmy we wsi jakiś nadzwyczajny ruch. Doświadczenie nauczyło nas by takie miejsca omijać. Niestety głód zmuszał nas do czego innego. Wysłaliśmy dwóch braci, Adama i Radka w celu rozpoznania sytuacji w Topprinen. Po pół godzinie wrócił do nas Radek z informacją, że we wsi kwateruje francuska artyleria (http://www.1807jonkowo.pl/). Mówił, że czekają na nas i proszą o wsparcie. Normalnie, w owe dni, nikt nikomu pomocy nie udzielał. Zamieniliśmy się w złowrogie bandy. Jak korsarskie fregaty, malutkie państwa na przestworzu lodowego oceanu, wszystkie z kursem na zachód parliśmy do przodu, wrogo traktując każdą inną jednostkę. Tu sytuacja była jednak inna. Poszliśmy do wsi.

Koszmar ostatnich tygodni, o których przez kilka dni zaczynaliśmy zapominać powrócił. Okazało się, że zarówno Francuzi, jak i teraz my, staliśmy przed obliczem nieuniknionego kontaktu z wrogiem. Zbiegły z rosyjskiej niewoli jeden z Francuzów dogonił swoją grupę i mówił, że znaczne siły przeciwnika (silne na tyle aby zmieść oddział dużo większy od tego jaki właśnie ad hoc stworzyliśmy) prą z kierunku Bartenstein na Prussich Eylau, a w okolicy znajdującego się na północ od Topprinen Schewecken (Żywkowo) pojawili się kozacy. To im właśnie zbiegł dzielny Gal, wykorzystując do tego głęboki śnieg i gęste, niewysokie młodniki.

Co robić... sytuacja stała się patowa. Artylerzysta z naszej "bandy", Horhe, który stał na czatach gdy my rozmawialiśmy z Francuzami, doniósł, ze pojedynczy Kozacy pojawili się już w polu widzenia. Uciekać było by jak wyrwać się z czworoboku i samodzielnie próbować pierzchać przed szarżującą kawalerią. Rozum podpowiadał umocnić pozycję, odeprzeć pierwszy atak, zniszczyć jak najwięcej przeciwnika i spróbować w zorganizowany sposób wycofywać się dalej. Instynkt jednak nakazywał iść, uciekać, udawać, że te ostatnie dni spokoju to już ogłoszony pokój, a grożące dziś spotkanie z wrogiem to tylko zły majak wykończonego umysłu. Oczy wszystkich zgromadzonych patrzyły nerwowo, rozbiegane gałki oczne uciekały szklistym wzrokiem gdzieś hen, za Topprinen ku... właściwie to już nikt nie wiedział gdzie. Czy ciągle jest gdzie wracać? Czy poza mrozem, śniegiem, lodem i śmiercią istnieje coś jeszcze? Czy my kiedyś żyliśmy inaczej, czy może poza krwią i wichrem nie ma już nic?...

Dowódca francuskiej artylerii z sierżantem Remikiem opracowali plan. Po pierwsze należało zebrać więcej informacji. Po drugie, póki był czas, poszukać lepszej pozycji. Przyjęcie przeciwnika od frontu, w otwartej wsi, może być ponad nasze możliwości. Francuzi mówili, że na północ znajduje się jakaś kolonia, folwark, który na mapie stoi jako Gut Schwadtken Waldhaus. Po posileniu się (znaleźliśmy u mieszkańców wsi trochę wódki i starego podgniłego mięsa), wyruszyliśmy. Naszym celem miało być pochwycenie przynajmniej jednego jeńca oraz zabezpieczenie folwarku. Dwie armaty, pod niedużą strażą, zostały w Topprinen. Jeśli uda się nam zająć folwark, będzie trzeba po nie wrócić.
Zakładając, że informacja o podążaniu Rosjan z Bartenstein była prawdziwa, nie mogliśmy ryzykować powodzenia naszej akcji ruchem na wschód. Stanęlibyśmy wówczas bezpośrednio naprzeciw głównym siłom przeciwnika. Należało kierować się do majątku, i pochwycić wroga, bezpieczniejszą drogą. Na tyle oddaloną od bieżącej pozycji i głównej trasy, aby nie ściągnąć za sobą ewentualnego pościgu, a także by być może zmylić go co do położenia ukrytej w Topprinen artylerii. A nuż, psim swędem, uda się w ogóle uniknąć kontaktu z wrogiem... 


Cały nasz kombinowany oddział wyruszył ze wsi drogą uchodzącą z zachodniego jej krańca ku północy, w kierunku siedliszcza Schwadtken. Na drodze leżało mnóstwo śniegu, a rozjeżdżony jesienią zmarznięty teraz grunt, jaki krył się pod pierzyną, wykręcał nasze stopy i powodował liczne upadki. Szliśmy cały czas pod górę. Wznoszące się leniwie słońce rozlewało się nad światem strumieniami światła. Oblało ono okoliczne wzgórza i lasy. Grało na oblepionych śniegiem gałęziach wszystkich otaczających nas drzew, krzewów, roślin i nielicznych płotów. Iskrzące się lodowymi drobinami powietrze, po strąceniu z gałęzi śniegowego ciężaru, było by kiedyś nam piękne, było by dawniej poetyckie,... ale nie dziś. Zdewastowani fizycznie i psychicznie, maszerowaliśmy - gęsiego, nie mogłem uciec myślami od porównania nas do korowodu mroźnego dance macabre.


Pomimo przewracających się na nierównościach sań (zgromadziliśmy tam zapas prochu i jedzenie) i moczenia stóp w niezamarzłych strumieniach (płynnych chyba tylko za sprawą swojej rączości) dotarliśmy pod Schwadtken. Nieruchome powietrze, cisza, wznoszące się słońce mogły by sprawiać wrażenie, że to wszystko to tylko dekoracja, gdzieś na scenie u Bogusławskiego. Jednak za wszystkim kryła się jakaś niewypowiedziana groza. Zaciskaliśmy kurczowo karabiny, mróz przedzierał się przez warstwy ubrań. Nie kąsał już tak, jak jeszcze niedawno na Litwie. Przyzwyczajone organizmy traktowały go jak coś zupełnie naturalnego. Wroga nie dostrzegaliśmy. Zniknęły patrole kozackie, które jeszcze przy opuszczaniu Topprinen majaczyły gdzieś na horyzoncie. Byliśmy prawie w połowie drogi do folwarku, być może naszego przyszłego donżonu.


Droga, na której teraz staliśmy, była lepsza. Ujeżdżona przez miejscowych pozwalała na lżejszy marsz. Nie groziły nam ju ukryte pod śniegiem naturalne wilcze doły. Razem z Radkiem poszedłem na szpicę. Idąc około 150 metrów przed resztą oddziału wytężaliśmy zmysły w poszukiwaniu przeciwnika. Po przejściu paruset metrów, skręciliśmy z głównej drogi w prawo. Droga się pogorszyła, niemniej pozwalała na całkiem swobodny marsz. Otoczenie roślinne zaczęło się zagęszczać. Coraz liczniejsze zagajniczki, młodniaki, kępy wybujałych krzaków, stwarzały duże pole możliwości dla chcących atakować po partyzancku, z zaskoczenia. Atmosfera tężała. Wyraźnie czuło się zbliżające skądś niebezpieczeństwo. Rozdzieliłem się z Radkiem. Poszedłem przodem, on 50 metrów za mną. W przypadku kilkukarabinowej salwy jest szansa, że chociaż jeden przeżyje. Nagle, po lewej stronie przede mną, w odległości strzału, ze ściany lasu wyrwały się dwie wrony. Czy spłoszył je tylko lis?... Zacząłem iść jeszcze ostrożniej. Co kilkanaście kroków nasłuchiwałem i ruchem reki wstrzymywałem podążający za mną oddział. Nie wiedziałem czy to mój skołatany umysł płata figle, czy też dobiegają do mnie jakieś dziwne urywane dźwięki. Po kilku kolejnych krótkich nasłuchiwaniach przyrody byłem pewien. Ktoś przed nami jest!

Gestykulując dałem znać o kontakcie z wrogiem. Wyskoczyłem z trasy na prawo - wprost w rzadki zagajnik. Chcąc zajść tajemnicze głosy z ich lewej flanki, zagłębiałem się w lasek brodząc w sypkim śniegu. Przeklinałem swoją lekkomyślność. Niechlujnie zamontowane metalowe elementy, jak m.in. kubki, zaczęły brzęczeć zagłuszając dochodzące gdzieś z naprzeciwka głosy. Kilka miesięcy rutyny w parze ze zmęczeniem sprawiły, że tak głupia rzecz jak niedbałe przytroczenie kubka może być przyczyną postrzału, nagłej śmierci. Gdy przecinałem młodniak walcząc z łapiącymi za rogatywkę zimnymi ramionami gałęzi, drogą na wprost, ruszyła forpoczta trzech naszych żołnierzy - Adama, Piotra i Radka. Przywitały ich pierwsze wystrzelone kule. Świsnęły im koło uszu nie czyniąc jednak szkody. Podbiegli jeszcze kilka kroków i głośno oznajmili nawiązanie kontaktu wzrokowego. Przyjęli pozycje i chroniąc się za czym mogąc, oddali strzały. Ciągle biegłem próbując zajść przeciwnika z boku. Reszta oddziału zaczęła się formować do wsparcia naszego pierwszego ataku. Strzały zaczęły padać regularnie, to z jednej to z drugiej strony. Na razie jedynymi ofiarami były drzewa, od których głośno odpryskiwały zmarznięte drzazgi. Zatoczyłem łagodny łuk i wybiegłem z lasku. Przed sobą, niezauważony, miałem pikietę złożoną z dwóch jegrów i jednego ladwerzysty (http://www.facebook.com/GRH21FusilierBataillonVonStutterheim). Prusacy! Skryci za krzakami prowadzili wymianę ognia. Ale dlaczego? Przecież na kampanię wyruszyli ramię w ramię z Napoleonem! Zbliżyłem się do nich z naładowanym karabinem. W odległości połowy skutecznego strzału karabinowego oddałem wystrzał. Niestety chybiłem. Na moje szczęście grupa przeciwników właśnie przeładowywała swoje karabiny. Bez zbędnego zastanawiania się ruszyłem na nich z przygotowaną do wymachu kolbą. Druhowie z kompanii widząc co się dzieje, pospieszyli mi z pomocą. Złapałem jednego z jegrów i osłaniając się za jego plecami przed resztą przeciwników sprowadziłem go do ziemi. Był jeniec! Byle tylko odsiecz przepędziła resztę nieprzyjacielskiej, pruskiej pikiety. Tak też się stało.


Mieliśmy szczęście. Kontakt z wrogiem nawiązany bez strat, połowa planu (zdobycie jeńca) zrealizowana. Jeniec Johan miał mniej szczęścia, doznał poważnej kontuzji kolana, niemniej był w stanie chodzić. Reszta oddziału, która dociągnęła do miejsca potyczki, wzięła Prusaka na przesłuchanie. Dowiedzieliśmy się wówczas m.in. o zdradzie generała Yorcka! Zły obrót spraw zaczął robić się jeszcze gorszy. Byliśmy zaledwie pół kilometra od docelowego folwarku, gdy zbiegła pikieta sprowadziła Rosjan (http://www.facebook.com/pages/Wileński-Muszkieterski-Pułk/182741668506966). Wojska carskie rozpoczęły rozpoznanie bojem. Rozłożyliśmy się po obu stronach drogi gotowi przyjąć ich pierwszy atak i sukcesywnie, powoli, oddawać teren próbując wroga wykrwawić. Ponownie zbliżyli się pruscy jegrzy. Wsparci detaszowanym oddziałkiem muszkieterów próbowali taktyki głównego uderzenia na wprost w celu przełamania naszej linii i zajścia prawego skrzydła w celu zniszczenia połowy naszych sił. Byliśmy przygotowani. Kilka strzałów oddanych w stronę Rosjan powstrzymało ich marsz. Wykorzystaliśmy znajdujące się na prawej naszej flance bagno i zagajnik aby uderzenie jegrów skierować w próżnię. Ci szybko zmiarkowawszy o przeszkodzie terenowej, ruszyli za nami w młodniak. Walki jakie tam rozgorzały przypomniały mi starcia pod komendą księcia Józefa pod Uticą. Straciłem kontakt ze środkiem linii. Gdy sytuacja po mojej stronie zaczynała być opanowywana, okazało się, że i w centrum osiągnęliśmy dobre rezultaty. Bez strat własnych odparliśmy atak. W nasze ręce wpadła reszta pikiety, z którą rozpoczęliśmy starcie. Było oczywiste, że silniejszy oddział rosyjski nie pozwoli nam długo cieszyć się tym sukcesem. Droga do folwarku była zamknięta. Należało cofać się do Topprinen.
Oddawszy kilkaset metrów, w okolicy wylotu najcięższego odcinka pokonanej przez nas uprzednio trasy zrobiliśmy krótki odpoczynek. Mróz, którego bezlitosne kły przestały być odczuwalne w czasie starcia, znów zacisnęły się na naszych spoconych ciałach. Rozpaliliśmy ogień. Skryliśmy go kilka metrów od trasy, miedzy dwoma wysokimi modrzewiami. Ciepło, rozgrzane wino, którego resztki w te dni dopijaliśmy, trochę mięsa i sucharów dodały nam sił. Należało wracać do wsi, do pozostawionych tam armat. Tamże przyjąć wroga, wycofać się albo zginąć.


Droga powrotna nie była już tak trudna fizycznie jak gdy szliśmy tędy wcześniej. Tym razem szliśmy generalnie w dół zbocza, po wydeptanym uprzednio śniegu. Jeśli Rosjanie podążą naszymi śladami, a zrobią to z pewnością, będzie ciężko zaskoczyć ich w Topprinen. Słońce, które próbowało dodawać nam nadziei kilka godzin wcześniej, teraz gdzieś się skryło. Schyliło ku zachodowi, zasnuwając okolicę ciężką szarością. Cienie zaczęły gęstnieć nie tylko wokół nas, ale i w naszych sercach. Odniesiony przez nas sukces w starciu z przeciwnikiem, był tak na prawdę tylko wbiciem zaostrzonego kija w zad i tak już rozjuszonego odyńca. Atutów zaś, prócz tego kija, dużo więcej nie mieliśmy. Ostatnie trzysta metrów do wsi pokonaliśmy w tyralierze. Jeśli ktoś już w Topprinen był i przejął nasze działa, lepiej nie zbliżać się w zwartej masie.


Na szczęście wieś nie została jeszcze spenetrowana przez Rosjan i Prusaków. Prawdopodobnie szukali nas w okolicach wcześniejszego spotkania. Tam już nas nie było. Niemniej przy odrobinie wysiłku, ślady na śniegu szybko doprowadzą ich do nas. Choć namierzono nas od północy, spodziewaliśmy się ataku od wschodu (tam wszak szły główne siły), tam były jedyne dwie dogodne drogi. Rozpoczęliśmy umacniać bieżącą pozycję, przed rozwidleniem dróg. Z którejkolwiek nadjedzie przeciwnik, zobaczy wycelowane lufy naszych armat i karabinów. Nie minęły dwie godziny, a wróg nadszedł.

Zmierzch postępował, utrudniał podsypywanie panewek i ładowanie karabinów. Wściekła Śmierć nie czeka jednak poetycko na jutrzenkę. Rzuca się jak dzikie zwierzę i tnie pazurami wnętrzności, oślinionymi kłami rozrywa szyję. Z takim gniewem pojawili się na wylocie wsi Rosjanie. Wysławszy pruskich jegrów (http://www.facebook.com/PreussischeJagerKompanie18071813) zaczęli próby zmiękczenia naszego frontu. Ranna został obsługa jednej naszej armaty. Wojska carskie podciągnęły swoją artylerię polową. Za nią muszkieterzy uformowali kolumnę szturmową. Nasze próby rozbicia tego zgromadzenia nie powiodły się. Wróg wchłonął kilku swych zabitych i rannych jak morze wchłania choćby i setki wielkich balii wody. Nie widzisz różnicy, wielka masa z jej siłą trwa przed tobą niewzruszenie i czujesz wewnętrzny lęk i podziw dla tej siły, która jak żywioł zaraz cię porwie. O odwrocie nie mogło być mowy. Nie było gdzie uciekać. Postanowiliśmy więc oddać się nieprzyjaciołom w ratach. Pierwszą spłatą będzie nasza amunicja!


Gwałtowna wymiana ognia trwała kilkadziesiąt minut. Padło dwóch francuskich artylerzystów, było sporo rannych. Raz po raz powietrze rozbrzmiewało hukiem wystrzałów z dział. Grzmot ten odbijał się od ścian domów i pędząc między drzewami, po śniegu, sprawiał wrażenie, że kanonada toczy się dookoła całej wsi. Nasz początkowy rausz wynikający z gwałtownie wpompowanej do krwi adrenaliny zaczął słabnąć. Kolejne osoby zaczynały krwawić, metr po metrze Rosjanie i Prusacy odbierali nam wieś. Po kolejnej ich salwie poległa połowa obsługi artylerii. Zostaliśmy z jednym działem, jedna trzecia piechurów leżała na ziemi. Składałem się do kolejnego strzału gdy poczułem silne szarpnięcie w prawym ramieniu. Rzuciło mną o ziemię i na chwilę straciłem przytomność. Przebudziłem się szybko. Twarz zanurzoną w śniegu zaczął oblewać lodowaty strumyk topiącej się z niego wody zmieszanej z moją krwią. Ramię wściekle pulsowało. Uniosłem głowę, aby zobaczyć co się dzieje. Nade mną przebiegali żołnierze wroga. Gonili oni resztkę naszego oddziału, który starał się wyrwać ze wsi w kierunku zachodnim. Zdziwiło mnie, że ani ja, ani paru innych chłopaków nie byliśmy jeszcze przeszukiwani w poszukiwaniu łupu. Reszta wojsk przeciwnika zebrała porzucone nasze armaty i zaczęła ciągnąć je z powrotem w kierunku, z którego przyszła. Grupa pościgowa, która próbowała dosięgnąć odgryzających się kulami uciekinierów też szybko zawróciła. Nie rozumiałem tego nagłego odwrotu sił wroga. Spojrzałem jeszcze raz w kierunku wschodnim. Tam rosyjski oficer tłumaczył coś wyprowadzonym z pobliskiej chałupy ludziom, w tym jednemu Żydowi. Dosłyszałem tylko coś o Kutuzowie, coś o odezwie. Ponownie opadłem z sił.


Gdy się zupełnie przebudziłem, nie czułem ciała. Wychłodzenie organizmu postąpiło niebezpiecznie daleko. Siłą woli próbowałem uruchomić mechanikę swoich członków. Po kilku minutach bezwład ustąpił. Zaczynając czuć intensywny ból wynikający z powrotu krążenia i odniesionej rany, spróbowałem wstać. Nie miałem karabinu. Plecak był rozpruty, pozbawiony resztek jedzenia i innych wartościowych rzeczy. Straciłem też strzępy butów, jakie do dziś udało się zachować na stopach. Żyłem, ale pozbawiony środków do życia. Wielkich szans sobie nie dawałem. Dopełniłem żywota mojego plecaka. Rozdarłem go po linii rozcięcia na pół i owinąłem tymi połami nadmrożone stopy. Spróbowałem iść. Mrok ustępował przed bladym światłem księżyca. Nagle, nie wiadomo skąd, podeszło do mnie dwóch ludzi.

Nie miałem siły ani uciekać ani bronić się. Byli to moi kompani - Paweł i Grzegorz! Ujęli mnie pod ramiona i na pół prowadząc, a na pół ciągnąc zaprowadzili mnie do chałupy w połowie wsi, na niewielkim wzgórku. Gdy weszliśmy do środka, a moje oczy przyzwyczaiły się do światła okazało się, że cały nasz oddział, który rano przyszedł do Topprinen, był tam! Strasznie poranieni i wyczerpani, ale żywi. Okazało się, że siły rosyjsko-pruskie zdążając prędko w kierunku Prussich Eylau detaszowały przeciw nam oddział, którego celem było szybka neutralizacja naszej grupy i powrót w celu kontynuowania marszu. Musiał czekać ich ważniejszy cel niż uganianie się za grupą maruderów. Rozbili nas, poranili, zabrali armaty i odeszli grabiąc nieprzytomnych, zabitych i rannych. Nie kłopotali się losem żywych pozostawiając ich mrozowi i swemu losowi. Po bitwie, ci z nas którym udało się uciec przed pościgiem, powrócili w nadziei odebrania nam - w domyśle martwym - resztek tego co mogło by służyć przeżyciu. Nas zaś, kolejno jeden po drugim, zabrała do swego domu pewna polska rodzina. Jako jedyna pośród mazurskich i pruskich sąsiadów miała związek z naszym krajem, a nieżyjący już ojciec gospodarza walczył i zginął pod komendą Kościuszki! Ja byłem ostatnim zebranym z pola rannym. W gościnnym tym domu dostaliśmy wydobytej z ukrycia wódki i niewielki posiłek. Rodzina ta okazała nam, zniszczonym i poranionym, wiele serca. Oferowała nocleg. W obawie jednak przed powrotem Rosjan, zdecydowaliśmy nie narażać jej na niebezpieczeństwo. Niech krwawa dola tej ziemi oszczędzi chociaż im ponoszenia ofiar. Ofiar, które ponieśli by w zamian za zachowanie ludzkich odruchów, polskiej gościnności i przywiązania do kultury przodków.

Zebrawszy od gospodarzy trochę opału, biedniejsi o większość rzeczy, z którymi przyszliśmy do Topprinen, ruszyliśmy w noc. Na zachód. Szanse na dotarcie do celu? Jeszcze mniejsze niż były rankiem,... Gdybyśmy jednak przywiązywali uwagę do rachunku prawdopodobieństwa, setki kilometrów temu stalibyśmy się lodowymi głazami u murów Smoleńska, brzegów Berezyny,...
Gdy mróz ścisnął ponownie, a zmęczenie nie pozwalało iść dalej, rozbiliśmy mały obóz. W otoczeniu zgromadzonych drewnianych, złożonych na siebie, metrów drewna rozpaliliśmy ogień. Temperatura poza nim sięgała minus siedemnastu stopni Réaumura. Sen, który spadł z siłą ciosu, wymazał pamięć tego niebezpiecznego dnia. Po raz kolejny udało się przeżyć. Jeszcze jedna warta, jeszcze trochę snu i kolejny biały poranek. Do Gdańska... czy dojdziemy?...


To tyle, jeśli chodzi o beletryzowaną relację z Toprzyn 2013. Przepraszamy wszystkich czytających i piszących za powyższą grafomanię. Jeśli z przytoczonych opisów można by odnieść wrażenie, że odnieśliśmy gdzieś jakieś złe wrażenia, że mieszkańcy tudzież organizatorzy czymkolwiek nam uchybili - to dementujemy. Impreza była doskonała!

Materiał fotograficzny użyliśmy za zgodą autora - Wojciecha Kiziewicza: picasa

Napisz co myślisz:




© mail: admin na pulk12.pl