Pułk 12. Piechoty Księstwa Warszawskiego
2. batalion, 2.kompania

 

Relacja z Rumszyszek 2013

5 dni i jeszcze zimniejszych nocy minęło jakeśmy Wilno opuścili; szliśmy już tylko we dwóch, obaj razem z Daniłą,nieodłącznym śwagrem; zgubiliśmy wszystkich.

 Jeszcze przed miastem, było nas ponad tuzin - o świtaniu kiedyśmy się zbierali dobosz ciągle siedział i obejmował bęben-już nie wstał; resztę oddziału zagubiliśmy pod tą górą przeklętą, gdzie konie łamały nogi, a staczające się armaty miażdżyły ludzi, wprasowując ich w śnieg, tworząc biało-czerwony kobierzec.Tam mnie sierżant Klemens w ostatniej chwili pchnął na bok, inaczej niechybnie zginąłbym przygnieciony końskim zaprzęgiem.Za radą Daniły, który z Podhala pochodzi i nie takie już góry w pogoni za kozicami zdobywał, z pomocą bagnetów, któreśmy od martwych byli wzięli,wspięliśmy się szczęsliwie na szczyt tej Golgoty i dotarliśmy do miasta. Jawiło się ono w myślach naszych niczym ziemia obiecana, miast tego jeno Sodoma, Gomora; jakbyś wzrok odwrócił za się i spojrzał na to morze nieszczęść i niegodziwości byłbyś skamieniał niczym żona Lota; co się stało z tą piękną Wielką Armią? W klasztorze, pod opieką braci bernardynów ostawiliśmy kaprala Sebastiana,którego była od dni kilku gorączka trawiła.W karczmie powzięliśmy wiadomość, że znaczna część rodaków ominęła to diabelskie wzniesienie,słuchając rad oficerów,którzy stali tam niczym drogo-wskazy, nawołując do ominięcia przeszkody- być może tamtędy poszła reszta naszego oddziału…szef nasz Remigiusz, trzech budrysów Warmiaków,Szymon-którego przy życiu trzymała nadzieja zobaczenia kochającej żony i wiosną narodzonego dziecięcia,Zborek-galicjanin,który zasilił nasze szeregi po kampanii 1809 roku, Horacjusz – kanonier, pieszczący swe działo niczym kochanek panią swoją,wreszcie Kurczak, trefniś i kuchta kompanijny…Noc już,światło,chata jakowaś ,ale w środku same Francuzy,odganiają precz-tak już jest, bez swoich zginiesz. Idziem dalej. Znowu światełko,to ognisko w zdemolowanej chałupie,podchodzimy bliżej i …oczom własnym nie wierzymy,toż to ogorzała we włoskim słońcu, twarz, naszego kaprala Laurencjusza – dawnego legionisty, a u boku jego Kasina nasza mała; po krótkich bezgłośnych uściskach zauważam,że ktoś leży obok na deskach-to Pietraszon, trawiony gorączką;jesteśmy wśród swoich. Kapral powiada,że całą gromadę prowadzi z resztkami regimentu 2-giego,Waldi- szef batalionu – przypominam sobie jak nas prowadził do boju pod murami Smoleńska…Po kilku godzinach wytchnienia i zaczerpnięciu paru łyżek gorącej wody z rozgotowaną słoniną i kawałkiem kiełbasy ruszamy wszyscy dalej…Kowno już niedaleko.

Najpierw razem,przekraczamy jakiś mostek; potem dowódca dzieli nas na 2 grupy – podobno w okolicy pojawili się Kozacy– mamy z dwóch stron podejść do wioski – na szczęście wroga nie ma,mieszkańcy niestety też pierzchli, podążamy dalej, wspinając się na nieodległe wzgórze.

Idziemy w ariergardzie,naraz słychać strzały,mamy iść dalej, 2-ka ma się oderwać od wroga i dołączyć do nas;mijamy krzyż przed wioską, pod którym niczym na widecie, siedzi zamarznięty woltyżer…

Kolejne domy, krótki odpoczynek i dalej w drogę. Mamy zająć pobliski kośćiółek, za niewielkim jeziorkiem i czekać aż przybędą pozostali od strony widniejącej na widnokręgu wioski; zamiast nich pojawiają się kozacy – stajemy na równe nogi, schowani za cmentarnym murem czekamy wroga; widząc naszą gotowość pozostają poza zasięgiem skutecznego strzału. Przybiega goniec – mamy iść do wioski.


 Południe,słońce rozgrzewa nasze zmarznięte ciała,wkraczamy do wsi – wystawiamy czujki w opłotkach; od mieszkańców za parę srebrnych widelców dostajemy słoniny i cytrynowego samogonu – jaka małmazyja, od razu krew żywiej krąży we wszystkich członkach, Panienko jak tu pięknie…

Hasło do wymarszu, idziem dalej; brakuje jednego,dowódca pyta czy wrócim po niego – tak, odpowiadają - sekcja pierwsza zawraca po niego i…wraca ze zgubą, coś niewiarygodnego, po tym wszystkim co widziałem w trakcie odwrotu, te obdarte,wyniszczone stworzenia są zdolne do takiego poświęcenia.Nagle drzewa się urywają,kawałek pola i wieś – widać Rosjan. Dowódca podejmuje decyzję: pierwsza sekcja zachodzi z prawej, my atakujemy od czoła tyralierą; ruszamy, walą do nas z działa; dopadamy opłotków, wdzieramy się do wioski,walka wręcz; przebijamy się, choć wróg utrzymuje się na głównym trakcie.Ruszamy spiesznie dalej,pod osłonę lasu,a za nami niczym cień postępują kozacy na swych małych, ale wytrzymałych konikach.


Przed nami rozpościera się widok zamarzniętego Niemna. Nareszcie!!! Widać drugi brzeg, wybawienie!!! Chcemy czym prędzej po lodzie opuścić tą niegościnną ziemię,ale próżne nasze nadzieje, Litwa nie chce wypuścić nas ze swoich śmiertelnych objęć; brzeg jest zbyt wysoki i stromy – Danielina powiada,że niczym nad Dunajcem pod Czorsztynem – cokolwiek to znaczy, musimy zawracać i przebijać się na Kowno.


Słońce już za Niemnem, w ojczyźnie naszej, a przed nami miasteczko niewielkie, w którym forpoczty wroga stoją.Przyjdzie na koniec wyrąbać sobie drogę do domu.Mamy z zaskoczenia od zachodu podejść i czekać aż pozostali od południa nadejdą.Kapral Laurencjusz dowodzi naszą grupą,obsadza narożne domy,pozostałych wysyła od północy. Palba.Wróg kieruje na nas piechotę i wali z dwóch dział.Trzymamy się, ale po chwili zaczynają nas wypierać i wtedy od przeciwległej strony miasteczka uderza 2-ka. Bierzemy ich w dwa ognie i poddają się.

Zapada zmierzch,jesteśmy wyczerpani,przetrząsamy plecaki Rosjan w poszukiwaniu jedzenia. Zajmujemy jedną z chałup, rozpalamy w piecu,gorąca strawa, zapadamy w krótką drzemkę. Oby to już ostatnia noc na tej przeklętej ziemi (tak powiadał o niej w czerwcu stary wiarus Marian, kiedy tydzień po przejściu Niemna, przyszły chłody i gradobicie i ludzie i konie padały tysiacami). Danielina i Pietraszon zapadli w sen targani dreszczami gorączkowemi. Ja, najedzony zdobycznemi wiktuałami oraz podarunkami od miejscowych przypominałem sobie jakeśmy kilka miesięcy wstecz tą rzekę w odwrotnym kierunku przemierzali… Niestety,za każdym razem kiedyśmy popadali w senne odrętwienie, krzyki będącego w malignie Pietraszona,przypominały nam o naszym opłakanym położeniu.Wspomniałem wtenczas sobie,jakeśmy razem z Pietraszonem, w przeddzień batalii u wrót Moskwy karną wartę pośrodku nocy za zbytnie oddalenie od obozu trzymali, i on to pichcił głowiznę z kaszą-ale smakowała…Naraz okrzyk: Kozacy!  poderwał wszystkich na równe nogi. Patrzę ci ja, a to kapral Laurencjusz, z niesamowitym grymasem na twarzy,który niechybnie był znanym Austriakom w północnych Włoszech, pod Rivoli i Lodi, z jaśkiem w ręku nad Pietraszonem stoi, a ten zlany potami, z wybałuszonymi na niego oczyma, wziął jegoż za podstępnie zakradłego azjatę – chybkośmy opadli naszego podoficera i zapobiegli zbrodni zaduszenia majaczącego kompaniona. Przyznaję jednak,że po tym wypadku jęki ustały. Niebawem świtało, trzeba się było zbierać,choć żal było opuszczać takie wygody.
Kowno już niedaleko…

tekst Andrzej, fot. Ada

 

Napisz co myślisz:




© mail: admin na pulk12.pl