Pułk 12. Piechoty Księstwa Warszawskiego
2. batalion, 2.kompania

 

Pogranicze w ogniu, czyli posterunek w Żochowie

Był późny piątkowy wieczór, pierwszego marca, gdy zbliżałem się przydzieloną w mieście Danzigu furmaną do placówki Żochowo. Dwa tygodnie odpoczynku w tem portowem mieście, wśród odnalezionych starych druhów i życzliwej ludności, przywiodło mnie z powrotem do sił, które trudna kampania moskiewska i ostatnie potyczki w okolicach Topprinen wyczerpały niemal do cna.

Wieści z frontu nie były dobre. Pełen odwrót. Wszystkie rozkazy mówiły by cofać się na Kraków, do wojsk księcia Pepiego, lub wprost na zachód, do przetrzebionych linii naszego jedynego sojusznika. Klaczka Renata ciągnęła wóz wesoło, nic nie robiła sobie z przygnębiających myśli toczących głowę woźnicy. Ot głupie zwierze! Jemu wszystko jedno jaki furaż i z czyjej ręki dostanie... Gorzkie żołnierskie refleksje szybko jednak wyparowały z mojej głowy. Stało się to za sprawą dwóch artylerzystów jakich zabrałem zaraz po opuszczeniu Danzigu. Starzy wiarusi, jeden przeciwność drugiego (Dawid i Goliat, ani chybi), radośnie umilali czas podróży snując opowieści ze swych frontowych przygód.
Słońce dawno skryło się za horyzontem, a przedwiosenne ocieplenie oddało pole walczącej jeszcze o swoje zimie. Dla dzielnej klaczki były to idealne warunki. Ziemia twardniała, modulując chlupiący w błocie plusk w kopyt w coraz niższy ton, aż w końcu podkowy zastukały po pierwszych zmrożonych kałużach. Pracujące zwierzę mniej czuło zmęczenie gdy mrozek przyjemnie głaskał jej strudzone mięśnie.

Około godziny dwudziestej zbliżyliśmy się do celu naszej podróży. Chłód dla pasażerów naszej furmanki był mniej łaskawy, niż dla powodującej nią siły napędowej. Igły delikatnego mrozu przebijały się z pomocą wiatru przez nasze mundury kłując zasiedziałe ciała. Przed naszymi oczami pojawiła się placówka graniczna. Było to znajdujące się nad rzeką Łupawą ufortyfikowane gospodarstwo. Dwa budynki mieszkalne, jeden gospodarczy, wkomponowane w mur obronny ze strzelnicami i wieżą obserwacyjną stanowiły znakomity punkt obserwacyjny dla plutonu żołnierzy.

Zsiedliśmy z furmany i ochędożyliśmy się. Wydobyliśmy z plecaków rozkazy i udaliśmy się do bramy placówki. Przyjął nas strażnik. W świetle lampionu przejrzał przedstawione mu papiery i pod eskortą kazał poprowadzić nas na odwach. Na tenże wchodziliśmy pojedynczo.

Zaznany w Danzigu czas odpoczynku kończył się właśnie tego wieczoru. Mina Komendanta i asystującego mu adiutanta wyraźnie mówiła, że chwilowa, doznana przeze mnie, kanikuła musi przejść do historii. Wojna choć przygasła, jeszcze się nie skończyła. Szybka kontrola dokumentów, książeczki wojskowej, wywiad dotyczący ostatnich wydarzeń i znajomości oficerów posłużyły jako wystarczające uwierzytelnienie mojej osoby. Po tymże, odesłano mnie do zajęcia wyznaczonej z góry kwatery. Zebrałem wszystkie moje graty i złożyłem je przy pryczy. Broń trafiła do specjalnych, przeznaczonych na karabiny, sztalug. Ogarnąwszy się i przywitawszy z załogą, poszedłem zadbać o bezpieczeństwo furmany i klaczy Renaty, a następnie zapoznałem się szczegółowo z mocnymi i słabymi stronami zajmowanego przez nas gospodarstwa. Szczególnie spodobało mi się stanowisko strażnicze nad bramą. Znajdujący się na niej piec zapowiadał miejsce, gdzie będzie można przyjemnie i w cieple spędzić nadchodzące warty. Wróciłem do komendantury gdzie nowi, jak się okazało ostatni tego dnia, żołnierze bezskutecznie próbowali uwiarygodnić się w oczach szefa obozu. Biedacy, czy w rezultacie przypadku, nieuwagi, czy może grabieży, nie mieli dokumentów. Choć wedle rozkazu uczciwie przybyli na wyznaczone miejsce, musieli trafić do aresztu.

kwatera

Niedługo nastąpił wieczorny apel. Zapoznaliśmy się ze stanem placówki, bieżącymi rozkazami, odebraliśmy polecenia pełnienia wart i innych funkcji. Nadszedł czas wolny. Zgromadziwszy się w okolicy kuchni, gdzie rozgrzana od pieca ściana rozprowadzała miłe ciepło, przy świetle świec rozmawialiśmy serdecznie o ostatnich wydarzeniach, raczyliśmy się miodem, winem i ze śmiechem dotrwaliśmy do późnych godzin, których w ramach wyjątku Komendant pozwolił nam doczekać.

kwatera2

Poranek dnia następnego przywitał nas czystym niebem i pięknym słońcem. Wyszedłszy na majdan w celu porąbania drzewa dla podtrzymania ognia służącego wartownikom, usłyszałem parskanie Renaty, do której zaszedłem pogłaskać ją po chrapach. Zostawiłem poczciwą klaczkę i aż do apelu zająłem się pracą.

Poranna zbiórka, na którą zebraliśmy się całą załogą wykazała, że brakuje nam dwóch żołnierzy! Sebastian i Kurczak zdezerterowali! Natychmiast ogłoszono alarm. Przydzielono mnie do jednego z dwóch patroli pościgowych. Szybko zebrałem ekwipunek i biegiem zameldowałem się podoficerowi Owcy von Kozicowi, kierującemu pośgiem w wyzaczonym mu kierunku. Nie oglądając się na nic ruszyliśmy za zbiegami. Gdy tylko wyszliśmy za mur placówki, gdy chciałem załadować broń, zorientowałem się, ża ta pozbawiona jest skałki! Wróciłem do Komendanta zaraportować dokonany sabotaż i na powrót, kontynuować pościg.

rzeka

Wyznaczono nam kierunek północy - wprost ku wsi Żochowo. Przetrząsając przydrożne zagajniki i chaszcze strącaliśmy bagnetami szron zgromadzony na gałęziach. Opadające lodowe igiełki lśniły w promieniach wstającego słońca. Ten diamentowy pyłek opadający ku zmrożonemu błotu, trwający sekundę, wzbudzany przez ostrze niosące na polach bitew śmiertelną grozę, hipnotyzował magiczną, trudną do pojęcia alegorią naszego smutnego żołnierskiego losu.

Zbliżaliśmy się nieubłaganie ku wsi, zbadaliśmy każdy załom gruntu, każdą spalonkę i ruinę, wypatrywaliśmy ruchu na tle migoczącego brzegu rzeki. Zbiegów ani widu. Napotkaliśmy miejscowego chłopa idącego z ledwo już dychającym starym wałachem. Rozpytaliśmy go o dwóch oddalających się żołnierzy. Żadnych, prócz nas, nie widział. Nic to, trzeba iść dalej. Doszliśmy do Żochowa. Jedyne miejsce, gdzie mogli by udać się zbiegowi to stojąca za mostem karczma "Nostalgia". Udaliśmy się do niej badając teren przeprawy rzecznej. Śladów stóp, podkutych butów, nie było. Szynk również nie sprawiał wrażenia jak by ktoś go przed chwilą odwiedzał. Zbadaliśmy obejście i niepysznie, przypuszczając, że dezerterzy wystrychnęli nas na dudków, ruszyliśmy w drogę powrotną. W połowie tejże, zwiedzeni jakimś śladem postanowiliśmy zapuścić się w jeszcze jedno miejsce, otoczone szerokim wałem ziemnym. Niestety, okazało się, że to bagno. Klnąc więc z kapralem na czym świat stoi, z mokrymi stopami wróciliśmy na placówkę. Po zdaniu raportu zostaliśmy zwolnieni do pełnienia dalszej służby. Drugi patrol, który oddalił się w kierunku Łupawy, jeszcze nie powrócił.

prace

Spożyłem śniadanie, uporządkowałem ekwipunek i wróciłem do pracy przy rąbaniu drewna. Gdyby nie hańba dezercji, atmosfera w obozie była by doskonała. Nasz fort bowiem żył swoim cyklem małego organizmu, gdzie każdy organ miał swą wyznaczoną funkcję i wytrwale pracował ku pożytkowi całego plutonu. Warty strzegły murów. Patrole pilnowały rzeki, za którą widywano raz po raz pojedynczych kozaków. Kucharze w pocie czoła, nad rozpaloną płytą pieca szykowali syte posiłki. Dowódca z adiutantem szykowali harmonogram wart i porządek prac. Wyznaczeni żołnierze sprzątali koszarowiec i jego otoczenie. Strażnik, który wypuścił dezerterów (ogłupiony jak się okazało przez zbiegów bajdami o tajnych rozkazach), siedział w ciupie. Normalny dzień w obozie...

kuchnia2

Po godzinie wrócił patrol wysłany w stronę Łupawy. Niestety, efekt wycieczki za uciekinierami był żaden. Zmęczeni sierżant Klemens i kanonier Horhe popadali bez sił, które postradali w szybkim marszu, a potem w ucieczce przed dostrzeżonymi kozakami, których obecność zaraportowali Dowódcy.

pisarz

Nastał czas ćwiczeń, trenowania obrotów i obchodzenia się z bronią. Długa musztra, którą współprowadziłem z kapralem von Kozicem, mocno zmęczyła żołnierzy. Jako że i aura zaczęła psuć się, wróciliśmy do środka placówki. Wspaniałe zapachy z kuchni pociągnęły mnie do podejrzenia co tam dzieje się przy piecu. Specialite de la maison! Zupa cebulowa! Radość na woń, która dotarła do nozdrzy zmęczonego i zmarzniętego żołnierza, popchnęła mnie do uszczknięcia odrobiny sera jakim miano doprawić danie. Eh... pokarało mnie za łakomstwo! Czujne oko pomocnika kucharza wyłapało me łapczywe zapędy i wezwało wartę. Najbliższe pół godziny, miast raczenia się wspaniałą zupą, przyszło mi spędzić w areszcie.

Pogoda zaś z każdym kwadransem robiła się coraz gorsza. Słońce schowało się za grubą warstwą chmur, zaczął dąć silny wicher. Budynek odwachu, i koszarowca zarazem, z trudem opierał się wciskającym się wszędzie zimnym palcom wiatru. Huk jaki wywoływał przerażał mnie samotnego, zamkniętego w celi. Widziałem przez okno kulącego się przy rwanym porywami ogniu strażnika.

Gdy kara odosobnienia skończyła się, pożywiłem się podanym obiadem, i oddałem przyjemności czasu wolnego, możliwości poobijania się w żołnierskim towarzystwie. Choć humor dopisywał, zapadający powoli zmierzch i wyjący wicher brzmiał jak jakiś zły omen, którego grozę dało się zauważyć w spojrzeniach odpoczywających wiarusów. Niepewność tę pogłebiała jeszcze plotka o złych wieściach jakie otrzymał Komendant podczas mojego pobytu na dołku. Przybył rzekomo jakiś oficer, wręczył listy i zrywając konia zniknął tak szybko jak się pojawił.

warta

Gdy warunki pogodowe pozwalały jeszcze jako tako odczytać gołym okiem spisany tekst, Dowódca zwołał apel. Okazało się, że otrzymaliśmy rozkazy opuszczenia placówki. Gromadzący się już niedaleko na wschód od naszych pozycji nieprzyjaciel jest zbyt silny by tak małe punkty oporu jak nasz narażać na bezsensowne niebezpieczeństwo.
Mamy natychmiast zebrać wszystkie potrzebne ekwipaże, zostawić to, co zbędne i bez zbędnej zwłoki ruszyć na zachód. Rozpoczęła się szybka mobilizacja.

skrzynia

Skarb i dokumenty jakimi dysponował dowódca, wraz z dwiema skrzyniami zapasów wrzuciliśmy na moja furę. Uchwyciłem Renatę za wodze, reszta wojska zebrała się w kolumnę podróżną. Ruszyliśmy na północ, do Żochowa, na trakt, którym mieliśmy podążyć na zachód. Biedna klaczka przerażona była sztormową pogodą jaka rozpętała się w ogarnianym mrokiem otoczeniu.
Kuląc się wszyscy przed zimnem i porywami wichru doszliśmy do Żochowa. Tam zajrzeliśmy do karczmy "Nostalgia", gdzie spożyliśmy po kwaterce wódki od miejscowego Żyda, kupiliśmy trochę zapasów i mimo ciemności, ryku wiatru, ruszyliśmy na zachód oddalając się od Mroku jaki ścigał nas wciąż ze wschodu, z rosyjskich jeszcze pustkowi...

marsz


Relacja otrzymana od złapanego (jak się w następnych dniach okazało) dezertera:

Po moskiewskim odwrocie niedobitki V Korpusu rozsiały się po całym kraju. Do niektórych dotarł rozkaz nakazujący stawić się w Żochowie, gdzie wedle rzeki Łupawy przebiegała tymczasowa granica.
Wieczorem, wtórego marca trafiliśmy tam z fizylierem Robertem z 2. pułku. Z radością podeszliśmy do szyldwacha. Poznałem, że dowódcą warty jest kapral Owca von Kozic z 3. pułku. Podeszliśmy do szlabanu. - Czołem! - zawołałem. - Nie znam waszmości! - odpowiedział oschle Kozic. Takie słowa usłyszane od starego kompana zbiły mnie trochę z tropu. Może nie poznał mnie po tylu przeżyciach w Rosji. Na szczęście mieliśmy rozkazy i te sprawiły, że pod strażą, udałem się do komendanta placówki. Ten, wyraźnie znudzony, zerknął na rozkaz i przekazał je pisarzowi. Okazało się, że brak przy numerze roku wystawienia. Nie zwróciłem na to wcześniej uwagi. Kto zajmował by sie takimi głupstwami gdy oto otwiera się przed nami perspektywa dalszej walki zakończona, możliwym przecież, wygnaniem Moskala, za Niemen. Zapytano mnie o książkę żołdu. - Stracona w Berezynie - odparłem. Komendant spojrzał na pisarza i z przekąsem rzekł - następny. Widać było przede mną kilku takich co jak i ja potracili dokumenty. - Powiedz no, jak wyglądał generał Lefebvre? - spytał komendant. Ogłupiały zupełnie postanowiłem zażartować. Zawsze to krotochwila miła jest prawdziwym żołnierzom. Na swoje nieszczęście odparłem - twarzy nie pomnę, aleć znany jest z tego, że bardzo obficie wypchane ma czechczery, a że mu sie wije wedle uda! Nie usłyszałem jednak wesołego rechotu a jedynie groźny okrzyk - Warta! Tak oto trafiłem do aresztu. Ja, weteran wielu kampanii, kapral niepokonanych fizylierów pułku 12.! Nie wspomnę, przez grzeczność, że ani onego pisarczyka, ani komendanta w Rosyi nie widziałem! Taka to wdzięczność spotkać cie może, miły czytelniku, za krew dla ojczyzny wylaną! Na szczęście kucharz ze stanicy rozpoznał Roberta, a ten potwierdził kim jestem. Oddano mi broń i plecak na szczęście jeszcze nie splądrowany. Cóż z tego, że proszono mnie o wybaczenie, zły byłem, bo do ancla trafić jedynie za pijaństwo nie jest uchybieniem na honorze. Warte dostałem od drugiej do czwartej godziny. Wielu nas było tam unterofficyjerów, więc jak prosty żołnierz każdy służyć musiał. Pomyślałem, że to przez złośliwość tak złą porę dostałem. Zaraz też zgadałem się z kucharzem, zwanym Kurczakiem, że trzeba będzie ten posterunek opuścić. Nie jako dezerter, ale w poszukiwaniu bardziej wdzięcznej jednostki. Plan był prosty. Uciekniemy rano, pół godziny przed zmianą warty. Wykradniemy co nieco z kuchni, wykręcimy skałki reszcie załogi i chodu. Wyjdziemy najbezczelniej mówiąc, że wysłano nas po furaż. Zostało mi półtorej godziny snu. Po przebudzeni, wziąłem karabin. zatrzymał mnie dowódca warty Lorenzo. - Gdzie idziecie? - zapytał. Powiedziałem, że po furaż. - Tak wcześnie? - Taki rozkaz - odrzekłem. Na dziedzińcu ta sama była rozmowa z wartownikiem Wyciorem. Ten chłop poczciwy pomógł nam założyć plecaki, które były pełne jadła, a nie puste, jak zwykle u aprowizantów, co powinno jego czujność obudzić. Widać dobrą wybraliśmy porę, kiedy to już człek zmęczony ciężko myśli (Wycior jest artylerzystą pułkowym, a ci jak wiadomo, bystrzy nie są). Na koniec życzył nam powodzenia co było szczególnie zabawne. Warta miała surowy rozkaz nie wypuszczać nikogo bez glejtu, tak więc Wycior puszczając nas podpisał na siebie wyrok.
Wypuściliśmy się do najbliższej wioski leżącej o niecałą ligę. Tam nabyliśmy wino za ostatnie pieniądze i cofnęliśmy się nieco na wzgórek leżący przed siołem. Łatwo tam było się ukryć, a i widok był dobry na okolicę. Pojedliśmy sobie i wypiliśmy. Świat wydawał się piękny. Brał nas trochę strach, bo widziało nas kilku miejscowych. Mogli nas wydać. Lecz to właśnie pomorskie chłopy ocaliły nam skórę. Jeden z nich przechodząc powiedział nam, że idzie ku nam dwóch co się o nas pytają. Widać doliczyli się braków na apelu. Schowaliśmy się prędko, a onemu koniuchowi (takie miał bowiem zajęcie) nakazaliśmy surowo powiedzieć, że poszliśmy nazad. Za chwilę usłyszeliśmy stukot podkutych butów. Położyliśmy się. Słyszeliśmy jak nasz chłop oszukał pościg. Wyjrzałem na moment i zobaczyłem sierżanta Klemensa i artylerzystę Horhego. Zawrócili. Radość nasza była bez granic. Daliśmy koniuszkowi pięć groszy, na co ten chytry chłopina skrzywił się, mało mu było. Siedzieliśmy dalej kończąc śniadać usłyszałem znany stuk butów i zobaczyłem dwie sylwetki żołnierzy. Wysłali dwa patrole! - pomyślałem. Legliśmy w śniegu nasłuchując. Stuk zbliżał się, nagle ustał i usłyszeliśmy trzask gałęzi. Znaleźli nas! Spojrzałem na Kurczaka, ten na mnie. - Poddajem się - wymamrotał. Tak to na kolanach, z podniesionymi rękoma znalazł nas patrol. Fizylierzy Adam i Radek podeszli do nas z szerokim uśmiechem. - Zabijcie nas tutaj, oszczędzicie nam hańby! - krzyknął Kurczak. - Ale my nie patrol, tylko idziemy po furaż, nikt was nie rozstrzela, ani nawet nie wyda - odpowiedział Adam. - Ale nas nie wydajcie jak wpadniecie - dodał. Tak oto uratowani po raz wtóry udaliśmy się na południe...

dezerter PanTeusz

karczma

Relacja pechowego wartownika...

Żochowo, sobota przed świętym Kazimierzem królewicem

Nayświętszey Panience jeno mogłem dziękować, iż to moja nocna warta dobiegała końca, bez uprzednich większych niepokojów. Kozaków nie widziałem, noc ciepłą i bezchmurną była, takoż i gwiazdy na nieboskłonie dostrzec mogłem. Ach, pamiętam i ja te gwiazdy spod Berezyny, gdyśmy to naszą kompaniją na przeprawę czekali. Wielu nas wtedy pomarło. Dość rzec, iż to jeno ja sam z naszej artyleryi 12 półku, dziś na strażnicy nieopodal Danska znajduje się. Wiem jeno tylko, że porucznik Gawroński, nasz dowódca, w stolicy teraz siedzi i na awanse zasłużone z rąk naszego Xięcia czeka.
Byłbym tę wartę szybko w zapomnienie puścił, gdyby nie przykrość jaka mnie była spotkała na sam jej koniec, z rąk mych braci żołnierzów. Przed świtaniem z naszey placówki wyszedł kapral Teusz. Człek dobry, wiarus stary, dla żołnierzów jak ojciec rodzon. Pochodził z Warszawy, takoż więc światły był i całą z naszą dywizyą zaznajomiony był. Spytałem go gdzież to się wybiera o tey porze, bo i plecak i muszkiet ze sobą miał. Kapral odparł, iż to po furaż dla kompaniji się udaje. W tey chwili samey do kaprala dołączył był fizylier Cybruch. Całkowite to było przeciwieństwo naszego kaprala. Jeno o napitku jakimś i chędożeniu myślał, całkowicie za nic mając regulamenta woyskowe. Potwierdził on słowa kapralskie, dodając iż to rozkaz dowódcy i nic mi do tego. Ja w swoim wieyskim rozumie zawierzył kapralowi y wypuściłem obojgu bez zayrzenia, czyliż to rozkaz piśmienny od dowódcy otrzymali. Mą decyzję powodował także i strach przed feldfeblem Pacerem, dowódcą naszym, któryż to znan był ze swey srogości. Poprawił żem plecak Cybrucha, ten gorzałką dobrą poczęstował i puściłem obu, życząc powodzenia. Wiedział żem bowiem, iż to Kozaki wszem dokoła są.
Dopiero na porannym apelu okazało się, iż to jeno wybiegi były i uciekinierami owi żołnierze być się okazali. Podejrzenia spadły na mnie, bom to ja poranną służbę pełnił. Od razu stanął żem przed dowódcą i jego adyutantem na przesłuchaniu. Opowiedziałem rzecz całą po kolei, zarzekając się, iżem w całym tym niecnym uczynku udziału nie brał, jeno żem freiterowi Teuszowi uwierzył na gębę. Wyrok zapadł szybko, ancel do wyjaśnienia cełey sprawy. Wartownik zawezwany z podwórza, ku mej żałości, odprowadził mnie na mieysce, gdziem spędził czas długi. I znowuż dziękując Nayświętszey Panience, cała ta historya szczęśliwie się dla mnie skończyła. Uznano, żem niewinien całego zdarzenia, jeno iż to przez moje niedopatrzenie, dezertery zbiec mogli. Paląc się wstydem, podziękował żem dowódcy i na odpoczynek udałem, by we śnie trudy nocy minęły.

Kanonier Łukasz „Wycior” Sobczak

Wydarzenia widziane od kuchni...

Już na św. Ludomira zajechalim na strażnicę położoną między Lauenburgiem a miastem Stolp. Tak się złożyło, że przybyliśmy z kuchmistrzem Kurczakiem o tej samej porze, co Komendant Pacer i jego adiutant, podróżujący dla ochrony z dwoma żołnierzami, zwanymi z racji swojej siły i wzrostu Waligórą i Wyrwidębem.
Wreszcie jakaś porządna kuchnia! – pomyślałem, przypominając sobie borodińskie noce, kiedy to nawet ogień zamarzał. Tam na ciepłą strawę mogli liczyć tylko oficerowie. Nam pozostawał łyk pożywnego mleka przed bitwą i łyżka kaszy na kolację.

Z zamyślenia wyrwał mnie przyjemny odgłos trzaskającego drewna w piecu chlebowym – kuchmistrz zdążył już rozpalić ogień i posłał mnie na poszukiwanie strawy. Dobrodziejstwo inwentarza, jakiego nie zaznałem od czasu wyjścia z Kowna, pozwoliło mi złapać dwie kury, a w komórce zakopcowane warzywa i mnóstwo przetworów z rozmaitymi winami, sokami i jabłkami. Po powrocie do kuchni (a był z niej doskonały widok i na strzeżone przez wartowników podwórze, i na kancelarię Komendanta) spostrzegłem, że jeszcze dwóch druhów z pułku 3. piechoty zjawiło się z rozkazami, w tym z kapralem Owcą von Kozicem, z którym znałem się jeszcze z radosnej kampanii 1807 roku, z wiktorii frydlandzkiej. On to właśnie uratował moje życie przed zamarznięciem na kość przy powrocie z mroźnej Rossyi,
odstępując mi swój płaszcz.

Cały kolejny dzień upłynął na pracach w kuchni i w gospodarstwie. Po porannej kawie z kromką chleba, szeregowi poszli po drewno, a my zaczęliśmy przyrządzać rosół na obiad w południe i kapustę (podawaną z grzańcem) dla tych, co mieli przybyć późnym wieczorem.
I tak się stało: kolejni żołnierze przybywali na odwach, a ci bez przepustek osadzani byli w karcerze.
Tego dnia ku uciesze żołnierzy upiekłem jeszcze dwa chleby na zakwasie oraz szarlotkę. Miło było patrzeć na te stare, ogorzałe gęby, śmiejące się do specjałów im podawanych! Zapytywani o jadłospis na dzień następny, ułożyliśmy go jak następuje: jajecznica z trzydziestu jaj na boczku, zupa cebulowa z grzankami z serem oraz pieczony kurczak z ziemniakami z koperkiem. Jednak poranek następnego dnia miał przynieść przykrą niespodziankę...

Gdy o świcie zebrałem z kurnika jaja na śniadanie, zauważyłem, że prycza kuchmistrza Kurczaka leży pusta w kuchni. Przyszło mi od razu na myśl, że pewnie poszedł chędożyć dziewki z gospodarstwa, ale nagły alarm rozwiał moje domysły. Kuchmistrz wraz z kapralem Panem Teuszem zdezertowali! Do stu tysięcy ryczących wielorybów! Teraz nie dość, że samemu trzeba było mi przygotować strawę dla tylu chłopa, to jeszcze groził mi dołek za domniemany współudział. Wezwany na przesłuchanie, zapytano mnie, czym widział coś podejrzanego w zachowaniu uciekinierów. Odpowiedziałem, zgodnie z prawdą (Bóg mi świadkiem), że kaprala Sebastiana mogły zdradzać jedynie głupkowate uśmieszki, ale on ma taką fizyonomię zawsze, więc co to za dowód winy. Nie dawał mi jednak spokoju fakt, że zarówno kapral Teusz, jak i generał Yorck, byli Kaszubami... Ostatecznie jeszcze przed obiadem dezerterów znalazł patrol wysłany do wsi, przyłapany na rozpijaniu miejscowych chłopów.

Po obiedzie przyszedł czas na ćwiczenia, które prowadzili podoficerowie Szymon i Owca. Wielce owocne, gdyż nasze wojsko, przetrzebione od czasu wielkiego odwrotu, zapomniało jak się chodzi w podkutych butach.

Niestety na apelu dowiedzieliśmy się strasznych wieści. Kwatera główna przysłała rozkazy o konieczności opuszczenia placówki i skierowania się na Kraków w celu połączenia z resztą armii Xięstwa. Wskazane było zachowanie szczególnej ostrożności na ziemi prusskiey, gdyż chodziły słuchy o zdradzie dotychczasowego sojusznika.
Było już ciemno, ale w pośpiechu zebraliśmy najpotrzebniejsze rzeczy, okulbaczyliśmy szkapę Renatę i pomaszerowaliśmy na południe. Otuchy dodawał mi fakt, iż
w koszu z prowiantem udało mi się zachować jeden kompot jabłkowy na czarną godzinę...

Kuchcik Kasimierz

odwrot

(Wszystkie zdjęcia zamieszczamy dzięki uprzejmości Aleksandra Gawrońskiego z 3 pp)

Napisz co myślisz:




© mail: admin na pulk12.pl