Pułk 12. Piechoty Księstwa Warszawskiego
2. batalion, 2.kompania

 

Rekonstrukcja bitwy pod Waterloo w 195 rocznicę wydarzeń, 2010

Żołnierze!

Bitwa pod Waterloo skończona. Echa tej bitwy od dziś po wieczne dni będą dumnie brzmieć w ustach potomnych wspominających waszą waleczność i odwagę. Niestety! Wasze nadludzkie wysiłki i poświęcenie nie wystarczyło. Wróg nas zwyciężył... Tak. Wyprawa pod Waterloo dobiegła końca. Wyprawa weszła w stan rzeczywistej realizacji (wyróżniamy też fazę nierzeczywistą polegającą na kontakcie z organizatorami, wewnętrznej burzy organizacyjnej i zbieraniu środków) dnia 17 czerwca 2010 o godzinie 18.00. W tym to momencie autobus wypełniony do granic możliwości żołnierzami 12 pułku, kilkoma jego przyjaciółmi, oraz wszystkich mniej lub bardziej niezbędnym ekwipażem wyruszył w długą drogę. Trwała ona do około godziny 14.00 dnia następnego. W tym czasie Pułk, nie był by sobą gdyby nie dokazał cudów podróżniczej kreatywności. Wyłonili się amatorzy muffinek, napojów żołądkowych gorzkich, fani filmów wszelakich, ciężkiej literatury i takichże żartów. Pomimo ciasnoty i rosnącego znużenia udało się przetrwać najgorsze momenty i z sukcesem (po 30 minutowym kluczeniu po Plancenoit) dotrzeć do celu.

Było nim obozowisko - położone na wzgórzu pole usiane już w momencie naszego przyjazdu licznymi, białymi, namiotami. Wypakowaliśmy bagaże i rozpoczęliśmy rozbijanie pałatek w przeznaczonej nam uliczce. Wieczór był czasem rozpalenia ogniska, odpoczynku, powitania znajomych z innych grup. W końcu czas na sen. Sobotni poranek rozpoczął się apelem o godzinie 7.00. Przekazano nam plan na ten dzień. Było w nim sporo czasu przeznaczonego na rychtowanie sprzętu na czas bitwy, manewry, jeszcze raz manewry, odrobina czasu wolnego i "próbna" bitwa. Przygotowywanie sprzętu to zazwyczaj czyszczenie karabinów, mosiężnych okuć czapek, doszywanie guzików. Do momentu, w którym Cesarz dokonał przypadkowej inspekcji w obozie, nasz ekwipunek prezentował się idealnie. Następnie wszystkie polskie grupy rekonstrukcji sformowano w czwarty batalion i poszły one na pole w celu ćwiczenia manewrów. Czas wolny jaki udało się wygospodarować część z nas poświęciła na odpoczynek, część na zwiedzanie okolicy.

Okolica zaś przedstawiała się urokliwie. Rzadka, przeważnie stara zabudowa, zieleń konkurująca ze słynną zielenią irlandzką (jak również atlantycka pogoda - to grzejące słońce, to chłodzący deszczyk, typowy angielski "shower"). Okoliczne zakątki usiane są pamiątkowymi tablicami postawionymi ku czci lub pamięci bohatersko poległym żołnierzom. Szczególnie ciekawie z turystycznego punktu widzenia przedstawia się Kopiec Lwa postawiony dziesięć lat po ostatniej bitwie Cesarza. Poza tym warto było odwiedzić farmę Hougoumont - ważny punkt obrony Anglików podczas bitwy. Co ciekawe, do dziś zachowały się w okalającym farmę murze otwory strzelnicze wykonane przez żołnierzy koalicji. Tam to, podczas rekonstrukcji, znajdował się obóz naszego przeciwnika. Ciekawym obiektem jest też samo miasteczko Plancenoit. Małe, ciasne, urokliwe,... z piwem po 5 euro :).

Pierwsza bitwa odbyła się w sobotę o godzinie 20.00. Miejscem była polana, na której uprzednio ćwiczyliśmy szkołę batalionu (w międzyczasie trwała też inna "próbna" bitwa, w centrum miasteczka). Polska formacja znajdowała się na prawym skrzydle armii francuskiej. Po fazie oczekiwania na ruch, ruszyliśmy z siłą taranu na lewą flankę koalicjantów, zasypując gradem "ślepaków" Prusaków i "czerwone kurtki". Bitwa ta szczególnie poruszyła żołnierskie serca. Artyleria grzmiała, angielskie rakiety przecinały niebo, dudniła kawaleria, między oddziałami kursowali adiutanci. Zachodzące słońce zabarwiło chmury na żółtopomarańczowy kolor, w którego świetle, na wzgórku, stał nasz wróg. Stojący w pobliżu czterej dobosze bili rytm marszowy w tak energetyczny sposób, że w błyskach utraty świadomości ruszyliśmy kolektywem ponad stu osób z taką siłą, iż darń rwała się nam pod stopami. Grenadierzy po bitwie śmiali się przy ognisku, że szarżująca z ułańską fantazją - tak dużą na jaką może zdobyć się piechota - polska formacja sprawiła, że w oczach "Brytoli" pojawiło się zakłopotanie, a szereg ich zachwiał się. Na szczęście nikt nie stracił zdrowego rozsądku i rekonstrukcja pozostała rekonstrukcją. Walka wręcz zakończyła się serdecznymi uściskami dłoni (oczywiście w ukryciu przed publicznością). Wraz z nadejściem mroku bitwa "próbna" została zakończona, a żołnierze udali się odpoczynek przed walnym starciem (chociaż z zebraniem sił w nocy to niektórzy mieli duży problem :)).

Niedziela była dniem mocno wyczerpującym. Prawdziwy dzień bezwzględnej bitwy. Pobudka 7.00, apel. Niecała godzina do opuszczenia obozu. Ponad trzy kilometry marszu z rynsztunkiem na wzgórza Waterloo. Piechota ciągnęła się setkami metrów, koła artylerii rozjeżdżały belgijskie drogi i wszystko co na nich leżało. Ustawiono oddziały. Na wzgórzu, na prawo od Kopca Lwa (patrząc z południa) ustawiły się wojska pragnące pokonać "tyrana" Bonapartego. Na południu, od strony Plancenoit stanęli Francuzi. Bitwę rozpoczęli woltyżerowie i artyleria. Wszyscy zanurzeni do połowy w zbożu, które falowało od armatnich wystrzałów. Po rozmiękczeniu artyleryjskim nastąpiła zasadnicza część bitwy. Francuska piechota manewrowała próbując wedrzeć się na wzgórza, kawaleria w szalonych rajdach próbowała wykonać wyrwy w czworobokach anglosasów. Niestety, nasze wysiłki zaczęły spełzać na niczym. Ciężki ostrzał broni ręcznej, armat i rakiet zaczął zatrzymywać Francuzów (i Polaków). Marsze, kontrmarsze, precyzja w robieniu bronią i indywidualne poświęcenie nie wystarczyły. Wojska koalicji przeszły do ofensywy. Ustawiliśmy czworoboki, które jeden po drugim zaczęły się rozsypywać. W końcu uległa wrogowi także i Gwardia. Bitwa została skończona. Na szczęście to tylko rekonstrukcja...

Po rozwiązaniu batalionu i wzajemnych podziękowaniach rozeszliśmy się we własne strony. Pułk 12 udał się na Kopiec. Tam uczciliśmy winem nasz heroiczny bój, a także wspomnieliśmy prawdziwe wydarzenia, jakie miały miejsce 195 lat temu. Jeden z żołnierzy, fizylier Maciej (zwany Młodym), został awansowany na stopień kaprala. Radosna ta chwila została uczczona przez niego zjazdem na tylnej części ze szczytu na sam dół kopca, za co jeszcze został nagrodzony chmielowym podarunkiem.

Zmęczenie wzięło górę. Po zakupie pamiątek i ostatnim rzucie oka na pola Waterloo ruszyliśmy do obozu. Zwinęliśmy go i po załadowaniu do autobusu, ruszyliśmy z powrotem do Polski.
Zaczęliśmy czekać na dwusetną rocznicę bitwy...

Mała porcja z setek wykonanych zdjęć znajduje się pod adresem http://picasaweb.google.com/pulk12piechoty/2010061820Waterloo#

Napisz co myślisz:




© mail: admin na pulk12.pl