Pułk 12. Piechoty Księstwa Warszawskiego
2. batalion, 2.kompania

 

Relacja z wyprawy do Sławkowa w 205 rocznicę bitwy pod Austerlitz, 2010

"Żołnierze!
Jestem z Was zadowolony. W dniu bitwy pod Austerlitz swoim zachowaniem usprawiedliwiliście moje śmiałe oczekiwania, jakie pokładałem w Waszej odwadze. Przyozdobiliście Wasze orły nieśmiertelną sławą. Stutysięczna armia dowodzona przez cesarzy Rosji i Austrii została rozbita i rozproszona w ciągu niecałych czterech godzin..."
Tymi słowami Napoleon rozpoczął Biuletyn Wielkiej Armii po wiktorii odniesionej nad Rosją i Austrią w Bitwie Trzech Cesarzy. Legenda tych słów powiodła nasz pułk w dniach 3-5 grudnia 2010 do czeskiego Sławkowa niedaleko Brna by uczcić pamięć poległych w 205 rocznicę bitwy oraz by wziąć udział w jej rekonstrukcji.

Długa podróż była wyzwaniem nawet dla najwytrwalszych. Uciążliwa aura zdawała się chcieć nas powstrzymać sypiąc gęstym śniegiem, zsyłając to mgłę to wichry. Piętnaście godzin jazdy własnymi autami wyzuło nas z sił i już na samym początku weekendu dało w odrobinie poczuć głód, senność, wyczerpanie, czyli to z czym borykali się żołnierze dwieście pięć lat temu.

Naszą bazą noclegową był dom kultury w miejscowości Blazowice. Przybycie na miejsce przed wyznaczoną godziną otwarcia zaowocowało przysłowiowym pocałowaniem klamki. Aby nie marnować czasu pojechaliśmy do samego Sławkowa (czyli dawnego Austerlitz) celem spotkania przyjaciół z innych grup i przypomnienia sobie miejsc zwiedzanych w ostatnich latach. Czesi ponownie dali się poznać jako naród sympatyczny i przyjazny. Przyjęli rekonstruktorów ze szczerymi uśmiechami dzieląc z nami miejsca w swoich piwiarniach, winiarniach i barach. Po powrocie do Blazowic spędziliśmy resztę dnia rychtując swój sprzęt i mundury oraz mniej lub bardziej aktywnie odpoczywając.

Dzień następny przywitał nas odmianą pogody. Ciemne śniegowe chmury odegnane przez wyż ustąpiły miejsca słońcu, ale także przyciągnęły niższą temperaturę. O godzinie dziewiątej rano wszyscy byliśmy na nogach. Cała polska dywizja zebrała się do wymarszu. Owinięci we wszystkie dostępne izolatory cieplne ruszyliśmy niczym żołnierze Wielkiego Odwrotu a nie Wielkiej Armii ku miasteczku Twarożna. Jasne promienie wypełniały przyrodę światłem, którego oślepiające własności potęgował wszechobecny niezmącony żadnym śladem śnieg. Mgła roztaczająca się dookoła zasłaniając wszystko poza promieniem kilkuset metrów wzmacniała uczucie odbywającej się podróży w czasie. Cztery kilometry marszu zakończyły się przerwą podczas której poczęstowano nas śniadaniem. Nabrawszy sił przystąpiliśmy do ćwiczeń. Marsze, zwroty, formowanie kolumny, szeregu, znów kolumny, znów szeregu, marsz, marsz, zwrot,... Po odświeżeniu sobie szkoły batalionu (wszak rzadko mamy okazję ją ćwiczyć) znów zostaliśmy zluzowani. Rozpierzchliśmy się po mieście szukając ciepłych napitków, kto głodny częstował się bigosem.

Czas wolny nie mógł trwać wiecznie. Wróg nadciągał. Sformowawszy kolumnę marszową ruszyliśmy w kierunku wzgórza Santon. Tam miała odbyć się bitwa. Równy krok, śpiew, radosne przyjęcie przez publiczność. Szczególną dumą napełniały nas okrzyki z tłumu fetujące naszą obecność "Idą Polacy! Vive la Pologne! Niech żyje Polska!". Kto miał w zębach fajkę mocniej się zaciągnął, kto miał wąs silniej go podkręcił. Pokażemy koalicjantom, że z sojuszników Bonapartego nie wolno drwić ni im mierzyć w pierś. Nic nam nie szkodzi to, że historycznie wojsk Księstwa pod Austerlitz być nie mogło. Bitewne podniecenie zaczęło nas wypełniać i nic już by nas z powrotem na kwatery nie zawróciło!
Polski batalion miał być formacją rezerwową, wchodzącą do boju w późniejszej fazie bitwy. Tak też się stało. Ulokowaliśmy się za wzgórkiem w oczekiwaniu na swoją kolej do wzięcia udziału w akcji. Tych kilka chwil pozwoliło nam rozpalić ogień dla odegnania mrozu (ogniomistrzem był niezastąpiony w tej roli przyjaciel pułku - Kurczak) oraz przeprowadzić krótki apel, którego głównym tematem były 5 urodziny GRH 7 Pułku Piechoty XW. Przyjaciele z "siódemki" obdarowali nas pamiątkowymi guzikami mundurowymi, wszyscy wznieśliśmy radosny wiwat na ich cześć. Uniesienie utrzymało się, a nawet wzrosło, gdy po chwili nadjechał ze swym sztabem Cesarz i pozdrowił cały polski batalion.

Tymczasem na polu bitwy kawaleria wykonała rozpoznanie bojem, w walkę zaangażowały się pierwsze francuskie kompanie. Nadszedł moment naszego włączenia się w rozprawę z rosyjsko-austriacką koalicją. Kolumna dywizji polskiej stoczyła się w dół Santonu w kierunku wschodnim. Mając przed sobą Twarożną, widok na wzgórza Pratze, a w zasięgu muszkietów "wrogich" żołnierzy, duchy przeszłości wybudziły się z zaświatów i nawiedzając nasze szeregi zagrzewały w marszu drażniąc głód wojennej sławy.
Artyleria grzmiała z siłą wulkanu zasnuwając pole dymem, piechota manewrowała i zsyłała w dół wzgórza lawiny iluzorycznych ołowianych kul. Kawaleria dzikimi szarżami wpadała w miejsca gdzie szeregi wojska chwiały się dokonując ostatecznego aktu zniszczenia. Mróz kradł ciepło ciała stykającego się z metalowymi elementami karabinu. Ginący w dłoniach zmysł dotyku doznawał ostatnich skrajnych wrażeń stykając się to z lodowatą stopką karabinu, to z żarem rozgrzanej lufy. W uszach dudniły raz po raz huki wystrzałów niekiedy dostarczając nieprzyjemnego pisku od silniejszych fal uderzeniowych. Podoficerowie dwoili się i troili prowadząc naszą bojową maszynę w kierunku wroga. W końcu nastąpił przełomowy moment i wróg zaczął się cofać. Pokonując zmęczenie i ból zaczęliśmy spychać go z placu, a widok rejterujących jego pułków dodawał nam nowych sił witalnych. W końcu, gdy zachodzące Słońce Austerlitz skryło się za Santonem, zwycięstwo było zupełne!

Zaraz po rozegraniu bitwy cała armia francuska z sojusznikami stanęła przed Cesarzem. Po odebraniu z jego ust pochwały i podziękowania za serce i wysiłek włożone w zwycięstwo nastąpiła najprzyjemniejsza część. Najbardziej zasłużeni żołnierze rekonstrukcji historycznej odebrali z rąk Cesarza honorowe odznaczenia. Jednym z zaszczyconych był nasz sierżant Remik, na którego piersi zawisł Order Św. Stanisława. Chwila ta napełniła nas wielką radością, której upust daliśmy kilkukrotnym okrzykiem na cześć naszego wiarusa.

Gdy ceremonie kończące rozgrywkę zbrojną dobiegły końca wróciliśmy do Twarożnej. Oddaliśmy się przyjemności posilenia się, ogrzania członków w piwiarniach. Kolejnym elementem programu było udanie się do Sławkowa gdzie cała rocznica 205-lecia bitwy miała zostać uroczyście zakończona paradą i pokazem sztucznych ogni. Problematyczną sprawą związaną z przejazdem do Austerlitz było to, że nie zjawiły się autobusy. Pociągnęliśmy wszyscy razem w miejsce skąd w poprzednich latach zawsze odjeżdżał transport, lecz w wyznaczonej godzinie nic się nie pojawiło. Pojazdów nie było. Staliśmy na skraju miejscowości. Za nami kościół, w którym odbywało się nabożeństwo, niebo gwiaździste nad nami, prawo moralne w nas, a szybko opadająca temperatura zaczęła wbijać się kłującymi szponami w zmęczone ciała. Zamarzli byśmy tam haniebnie, po zwycięskiej bitwie, lecz z opresji wyratował nas niezawodny ogniomistrz. Szybko zebrany chrust i gałęzie stały się paliwem do zbawczego ognia. Wydarzenia, których rekonstrukcja zawiodła nas do Czech to wojna z 1805 roku, jednak katusze zimna jakie przyszło znosić wykreowały w naszych umysłach tragedię Wielkiego Odwrotu i wielkie wyrazy współczucia wzbudziły się w nas dla tych żołnierzy, którzy w nie mniej nieprzyjaznej temperaturze ratowali swe życie wycofując się na zachód w 1812 roku. To co dla nas było walką o odrobinę ciepła, dla przejeżdżających w pobliżu Czechów było małą sensacją gdyż widzieli tak naturalne sceny, iż nie mogli nie odnieść wrażenia, że ich Skody przenosiły nie w przestrzeni, a w czasie! Jak to dobrze, że to tylko rekonstrukcja...

Wreszcie doczekaliśmy się - nadjechały autobusy. Radośnie zapakowaliśmy się do nich i po chwili ruszyliśmy do Sławkowa. Tam zaś czekała nas już tylko fiesta, zatłoczone winiarnie, śmiechy, przyjaciele z innych pułków. Upoiliśmy się tą atmosferą, skorzystaliśmy z chwili wolnego i rozdaliśmy innym rekonstruktorom przygotowane na bitwę egzemplarze naszego pułkowego kalendarza, aż w końcu, w świetle sztucznych ogni ruszyliśmy w drogę powrotną.

Następny dzień był czasem długiej drogi powrotnej. Kilkanaście godzin w samochodzie, niewyspanie, uczciwie "zarobione" przeziębienie,... Ale do diaska! Było warto!
Vive l'Empereur!!

Napisz co myślisz:




© mail: admin na pulk12.pl